- Claire, twoje artykuły
są bardzo obiecujące, jednakże nie mogę ich opublikować... - Odparła
Alice Cooper, redaktorka miejscowego szmatławca. Wywróciłam oczami,
słysząc już kolejny raz tę samą śpiewkę. Zgarnęłam pospiesznie materiały
z biurka, kiwając głową.
- Rozumiem,
niewystarczające - Mruknęłam, szybko wstając i opuszczając pokój z
zaciśniętymi pięściami. Wybiegłam z budynku redakcji, kierując się
pospiesznie w stronę szkoły.
Nie dosłyszałam, a może
nie chciałam słyszeć jej marnego pocieszenia na temat mojej pracy.
Właściwie zajmowanie się artykułami o tematyce kryminalnej to moja mocna
strona, ale wątpię by komukolwiek wystarczyło na tyle na ile potrafią
zrozumieć mój tok pojmowania kłamstw jakie mi wciskają. To miasteczko
jest siedliskiem łgarzy, obrazujących biedniejszych jako szumowiny, a
bogatych jako najważniejsze i nietykalne osobistości. Ja pragnęłam
jedynie odkryć ich kłamstwa, obnażyć to, że nie są tacy święci jak
siebie przedstawiają. Jednak droga Alice Cooper, sama kryjąca tajemnice,
chroni siebie, publikując to co ludzie chcą, a nie to co trzeba.
Przyrzekłam sobie, że sama w przyszłości zajmę się dziennikarstwem i
prowadzeniem gazety, ale na moich, prawdziwych zasadach. Aktualnie
zajmuję się dosyć popularnym podcastem na temat również morderstw.
Riverdale, bo zapewne
nie wspomniałam o tym, aktualnie tonie w kłamstwach jakie ukazało
światło dziennie, nie cieszących się sławą Southside Serpents, Blossomów
i innych zakłamanych osób tego miasta. Nie oczerniam oczywiście
Jugheada Jonesa, który aktualnie znajduje się w szkole na Southside,
lecz jego ojca, który jak zwykle maczał palce w czarnych interesach.
Jednak ta sprawa cały czas się rozwija, co chwila dając mi nowe tematy do podcastu.
Pomimo wszystko, sekrety
Blossomów wciąż jeszcze istnieją i ściskają mi brzuch, gdy zastanawiam
się ile jeszcze mogli kłamać w wielu sprawach.
Skręciłam w uliczkę wychodząc na główną drogę, prowadzącą do liceum, które było dla mnie wielkim piekłem. Nie będę narzekać na swoje noty w nauce, bo są dobre, lecz na ludzi w tym miejscu. Wszyscy chronią siebie kosztem żyć innych. Ta szkoła dzieli się na trzy grupy. Na tych, którzy dręczą innych, tych co zrobiliby dla dręczycieli wszystko, i na takich jak ja. Mogących napluć na te potwory i odejść szczęśliwi jak najdalej. Niestety grupa osób jak ja, jest dosyć mała, bo każdy się ich boi. Kiedyś bardzo zależało mi na opinii ze strony reszty rówieśników. Pomimo bycia wieczną indywidualistką, lubiłam komuś się podobać. Z biegiem lat, na szczęście mi to minęło, a moja obojętność została spotęgowana do tego stopnia, że zadziwiam, oczywiście mało pozytywnie, nawet swoim ubiorem. Mocniejszy makijaż, bądź jego brak, to bardzo złożony element prawdziwej mnie. Moje wnętrzności zrobiły fikołka gdy ujrzałam wejście do mojej kochanej szkoły. Miejsca zniszczonych dziecięcych marzeń. Hej, gdzie moje weekendowe życie towarzyskie i wymarzony chłopak? A, no tak, zapomniałam. Nie istnieją.
Wywróciłam oczami, wchodząc po schodach i przekraczając próg szkoły. Weszłam na zatłoczony korytarz, mijając wszystkie warstwy społeczne tego miejsca, idąc wprost do swojej szafki. Wpisałam odpowiedni kod, otwierając zamek i wrzucając do środka całą zawartość swojego odrzuconego artykułu, o cudownych dziedzictwach Riverdale.
Owszem, mówię ironicznie, bo napisałam tekst o najbardziej wysławionych od niedawna osobach, czyli Archim Andrewsie, Betty Cooper, Jugheadzie Jonesie i Veronice Lodge.
Oh, o Veronice potrafiłabym napisać najwięcej. Niedługo do miasta wraca wypuszczony z więzienia jej ojciec, więc cyrk na kółkach niedługo się zacznie. Nie powiem, że mam coś do nich, bo Archiego znam od dawna, w zasadzie od małego. Jednak wiele się zmieniło od mojej wyprowadzki i ponownym powrocie do Riverdale. To miasteczko stało się mroczne i bardziej nieznane niż mogłabym przypuszczać. Ludzie, których znam od wielu lat, stali się dla mnie jeszcze bardziej zagmatwani i obcy wśród swoich sekretów, że trudno mi cokolwiek poukładać w głowie. Spojrzałam jak mój nieopublikowany artykuł rozlatuje się wewnątrz szafki, którą po chwili zatrzasnęłam, wyjmując z torby telefon. Skierowałam się w stronę stołówki, zaglądając na stronę swojego podcastu, ilości wyświetleń i oczywiście portalu informacyjnego miasta. Przez zamyślenie, zapomniałam, że obustronnie ruchome drzwi stołówki należy pociągnąć do siebie, aby nie trzasnąć nikogo znajdującego się po drugiej stronie. Jednak mój opóźniony refleks dał o sobie znać, gdy otwierając drzwi, pchnęłam zawartość szklanki z wodą wprost, na koszulkę miejscowej młodocianej gwiazdy show. Nieskazitelnie biały tshirt Jasona Blossoma zalany został przez wodę z sokiem malinowym, tworząc na niej sporej wielkości plamę, na oczach widowni w postaci uczniów. Sam właściciel wielce się nie przejął, unosząc jedynie zdziwiony brwi do góry.
Skręciłam w uliczkę wychodząc na główną drogę, prowadzącą do liceum, które było dla mnie wielkim piekłem. Nie będę narzekać na swoje noty w nauce, bo są dobre, lecz na ludzi w tym miejscu. Wszyscy chronią siebie kosztem żyć innych. Ta szkoła dzieli się na trzy grupy. Na tych, którzy dręczą innych, tych co zrobiliby dla dręczycieli wszystko, i na takich jak ja. Mogących napluć na te potwory i odejść szczęśliwi jak najdalej. Niestety grupa osób jak ja, jest dosyć mała, bo każdy się ich boi. Kiedyś bardzo zależało mi na opinii ze strony reszty rówieśników. Pomimo bycia wieczną indywidualistką, lubiłam komuś się podobać. Z biegiem lat, na szczęście mi to minęło, a moja obojętność została spotęgowana do tego stopnia, że zadziwiam, oczywiście mało pozytywnie, nawet swoim ubiorem. Mocniejszy makijaż, bądź jego brak, to bardzo złożony element prawdziwej mnie. Moje wnętrzności zrobiły fikołka gdy ujrzałam wejście do mojej kochanej szkoły. Miejsca zniszczonych dziecięcych marzeń. Hej, gdzie moje weekendowe życie towarzyskie i wymarzony chłopak? A, no tak, zapomniałam. Nie istnieją.
Wywróciłam oczami, wchodząc po schodach i przekraczając próg szkoły. Weszłam na zatłoczony korytarz, mijając wszystkie warstwy społeczne tego miejsca, idąc wprost do swojej szafki. Wpisałam odpowiedni kod, otwierając zamek i wrzucając do środka całą zawartość swojego odrzuconego artykułu, o cudownych dziedzictwach Riverdale.
Owszem, mówię ironicznie, bo napisałam tekst o najbardziej wysławionych od niedawna osobach, czyli Archim Andrewsie, Betty Cooper, Jugheadzie Jonesie i Veronice Lodge.
Oh, o Veronice potrafiłabym napisać najwięcej. Niedługo do miasta wraca wypuszczony z więzienia jej ojciec, więc cyrk na kółkach niedługo się zacznie. Nie powiem, że mam coś do nich, bo Archiego znam od dawna, w zasadzie od małego. Jednak wiele się zmieniło od mojej wyprowadzki i ponownym powrocie do Riverdale. To miasteczko stało się mroczne i bardziej nieznane niż mogłabym przypuszczać. Ludzie, których znam od wielu lat, stali się dla mnie jeszcze bardziej zagmatwani i obcy wśród swoich sekretów, że trudno mi cokolwiek poukładać w głowie. Spojrzałam jak mój nieopublikowany artykuł rozlatuje się wewnątrz szafki, którą po chwili zatrzasnęłam, wyjmując z torby telefon. Skierowałam się w stronę stołówki, zaglądając na stronę swojego podcastu, ilości wyświetleń i oczywiście portalu informacyjnego miasta. Przez zamyślenie, zapomniałam, że obustronnie ruchome drzwi stołówki należy pociągnąć do siebie, aby nie trzasnąć nikogo znajdującego się po drugiej stronie. Jednak mój opóźniony refleks dał o sobie znać, gdy otwierając drzwi, pchnęłam zawartość szklanki z wodą wprost, na koszulkę miejscowej młodocianej gwiazdy show. Nieskazitelnie biały tshirt Jasona Blossoma zalany został przez wodę z sokiem malinowym, tworząc na niej sporej wielkości plamę, na oczach widowni w postaci uczniów. Sam właściciel wielce się nie przejął, unosząc jedynie zdziwiony brwi do góry.
- Koordynacja ruchowa u
ciebie szwankuje? – Zapytał swoim jedwabiście męskim głosem,
sprawiając, że zebrał się we mnie jeszcze większy gniew.
- Blossom, to ty na mnie wpadłeś – Warknęłam poirytowana, ściskając mocniej pięści u rąk.
Moja wypowiedź wyraźnie go rozbawiła, bo razem ze swoją napakowaną sterydami świtą, zaczął się najzwyklej śmiać.
- I sam na siebie wylałem wodę? – Jego brew powędrowała do góry. – Chyba jesteś niepoważna, Folk.
- No proszę, znasz moje nazwisko, mam skakać z radości? – Parsknęłam śmiechem, z zamiarem odejścia.
- Nie, wystarczy, że
wypierzesz tą koszulkę. – Ton jego głosu był całkiem poważny, jednak
oczy wyjawiały jego rozbawienie całą sytuacją. Cała stołówka patrzyła na
nas z zapartym tchem, jednak ja poczułam jeszcze większą irytację jego
osobą.
- Chyba śnisz. –
Zwęziłam oczy, odchodząc dwa kroki w tył. Rudzielec uśmiechnął się
przebiegle, puszczając trzymaną w ręku butelkę wody, która z głośnym
trzaskiem upadła na posadzkę, zalewając ją, po czym począł się
rozbierać, zrzucając z ramion bluzę drużynową i podając ją Reggiemu,
niczym swojej służce. – Blossom, chyba sobie żarty robisz...
Chłopak jednak mnie nie
słuchał, odsłaniając swój dobrze wyprofilowany i umięśniony brzuch,
klatkę piersiową i pokaźne bicepsy we wrzawie krzyków chłopaków i pisków
dziewczyn. Zagryzłam wewnętrzną część policzka, unikając patrzenia na
jego dobrze zbudowaną sylwetkę. Chwilę później poczułam na swojej
twarzy niespodziewany dotyk miękkiego, lecz w połowie mokrego materiału.
Zalana część garderoby, wylądowała na mojej twarzy, opadając na
ramiona.
- Jak widzisz mówię
poważnie. – Zaśmiał się, nie krępując byciem półnagim, przy połowie
szkoły. – Odbiorę ją jutro przed treningiem, uważaj, to kaszmir.
Wywróciłam oczami, zgniatając koszulkę, niczym jak niechcianą szmatę.
- Widzisz ją? – Uniosłam ją w lewej ręce, uśmiechając się fałszywie. – No to patrz.
Rozejrzałam się po
stołówce, lokalizując po mojej prawej stronie dziewczynę z jeszcze nie
otwartym budyniem czekoladowym. Jednym susem stanęłam nad nią.
- Mogę? Dzięki. –
Wzięłam pudełeczko, nie czekając na jej odpowiedź. Podeszłam na powrót
przed oblicze Jasona, który w pełnej ciszy obserwował moje poczynania.
Oderwałam wieczko pudełeczka, zrzucając je na podłogę, po czym wylałam
całą jego zawartość na koszulkę Jasona. Dodatkowo, częścią rękawa
wtarłam idealnie czekoladowy płyn w materiał, po czym uniosłam go do
góry. – Teraz chyba ci się nie przyda.
Posłałam mu uśmiech, wrzucając koszulkę do kosza, podczas gdy rozbawienie do końca zeszło z jego twarzy.
- Jesteś mocno
pieprznięta, Folk. – Jego oczy strzelały nienawiścią na lewo i prawo,
sprawiając, że moja satysfakcja rosła z chwili na chwilę.
- I vice versa, Blossom - Odwróciłam się na pięcie, opuszczając stołówkę, czym prędzej wychodząc na plac szkolny.
***
Cały dzień zmagałam się
z ciekawskimi spojrzeniami, złośliwymi szeptami, i cichymi śmiechami
gapiów ze stołówki, jak i reszty szkoły, która dowiedziała się o tamtym
incydencie. Oczywiście dobre imię Jasona nie zostało splamione, nikt nie
wspomniał, że go tak jakby zgasiłam, lecz mówią przerobioną historię o
tym, że to on mnie wyśmiał i ośmieszył przed wszystkimi. Głupie
przeinaczenie, ale jakże krzywdzące. W końcu zaznałam spokoju, gdy
zasiadłam nad artykułami do szkolnej gazetki, o zgrozo, zostając jako
jedna z nielicznych w szkole. Zostałam tu po godzinach, pracując nad
nowym rozdziałem w podcaście i nad resztą artykułów. Dyrektor pozwolił
mi to robić, twierdząc, że chętnie będzie wspomagać rozwijające się
talenty, a przy tym mój jedyny sens istnienia. Jednak od śmierci jednego
z Serpents, wszystko ucichło, i na razie żadnego morderstwa nie
popełniono. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej martwi mnie to, że
powstają pozory ciszy przed burzą. Zajęłam się lokalnymi wiadomościami,
jednak coraz bardziej martwiłam się, że na podcaście będę cały czas
maglować jeden temat, dlatego wciąż czekam na napływ nowych tematów. W
sprawie gazetki, wyręczyłam Betty, którą jako jedyną chyba toleruję i
lubię z tej paczki złotych dzieci. Jest uprzejma, miła i pomocna, ale
doskonale widzę, że dziewczyna boryka się z wewnętrznymi problemami z
samą sobą, i sobie z tym nie radzi. Rany wewnątrz jej dłoni, częsta
dekoncentracja, ma wiele wspólnego z jej byłą sytuacją rodzinną, czy z
rzadszym widzeniem Jugheada, który zaczął więcej czasu spędzać ze swoimi
znajomymi z Southside. Nie jestem z nią na tyle blisko, abyśmy o tym
rozmawiały otwarcie, dlatego staram się to przemilczeć, zajmując
własnymi sprawami i robiąc to, co kocham, czyli śledztwami.
Rozłożyłam wszystkie
zebrane kartki, zapisane po brzegi notatkami o jednym z najbliższych
meczy futbolu. Głównie takie artykuły mogę wydawać w Blue and Gold,
dlatego ze znużeniem otworzyłam laptop, wstukując sformułowany jak dla
dziecka tekst, przepełniony entuzjazmem i życzący szczęścia naszej
drużynie. Wstawiłam parę zrobionych przeze mnie fotografii, i skrzywiłam
się, widząc na jednej z nich Jasona, dzierżawiącego w dłoni puchar
zdobyty na ostatnim meczu. Szybko zredagowałam odpowiednio tekst,
wysyłając plik w oczekiwaniu na wydruk. Uniosłam wzrok, patrząc z
politowaniem na leżące na blacie obok, pliki z artykułem do Alice
Cooper. Wzięłam je z szafki przed skończonymi godzinami, właściwie nie
wiem dlaczego. Nic z nich nie wykrzesam tak aby spodobały się matce
Betty na tyle, żeby je wydała. Westchnęłam biorąc go w dłonie, ale jak
zwykle nieumiejętnie, ponieważ część kartek, które leżały pod pierwszymi
stronami upadła. Wywróciłam oczami, klękając i zbierając rozrzucone
materiały. Gdy w końcu udało mi się zebrać wszystkich uciekinierów,
ujrzałam napisany przeze mnie na brudno tekst na jednej z nich.
Miejscowi
bohaterowie, bo tak ich wszyscy nazywają, skrywają o wiele więcej
tajemnic, niż może sobie którekolwiek z nas wyobrazić. Każde z nich ma
unikalny charakterek, trzymający ich paczkę w całości, jednak... Kiedy
pęknie stworzona przez nich mydlana bańka kłamstw? Może tak naprawdę nie
łączą ich więzy przyjaźni tylko wspólne sekrety?
Veronica nigdy nie bywała dobrą, przykładną przyjaciółką, całując się z obiektem uczuć Betty, pomimo, że doskonale wiedziała jak bardzo zakochaną w nim jest blond redaktorka.
Jughead zawsze ukrywał przed ukochaną dziewczyną swoje zamiary, czyny i odczucia względem całej paczki. Sam stwierdził, że jedynymi bliskimi mu osobami są Archie i Betty.
Oh, a sam Archie? Czy jego zapędy do rzeczy nieuchwytnych na pewno zanikły? Czyżby Veronica wiedziała, że wreszcie zaczął coś czuć do swojej najbliższej przy...
Veronica nigdy nie bywała dobrą, przykładną przyjaciółką, całując się z obiektem uczuć Betty, pomimo, że doskonale wiedziała jak bardzo zakochaną w nim jest blond redaktorka.
Jughead zawsze ukrywał przed ukochaną dziewczyną swoje zamiary, czyny i odczucia względem całej paczki. Sam stwierdził, że jedynymi bliskimi mu osobami są Archie i Betty.
Oh, a sam Archie? Czy jego zapędy do rzeczy nieuchwytnych na pewno zanikły? Czyżby Veronica wiedziała, że wreszcie zaczął coś czuć do swojej najbliższej przy...
Szybko zgniotłam kartkę
w kulkę i wrzuciłam do kosza. Moje stare, pisane na wściekłego notatki,
nigdy nie mogły ukazać światła dziennego. Byłam w tamtym czasie zła i
sfrustrowana w jakim świetle stawiali ich inni, dlatego napisałam dosyć
obszerną notatkę, która oczywiście nigdy nie miała wyjść na zewnątrz.
Nie jestem taka, nie mam na celu ich zmieszać z błotem. Potrząsnęłam
głową, wrzucając do kosza resztę artykułów i wracając do oświetlonego
jedynie lampką biurka, pracując nad resztą tekstów z wywiadów z
nauczycielami, sportowcami i innymi częściami wydawanego tekstu.
Jednak moja praca długo nie potrwała bo usłyszałam rozchodzące się echem po pustych już korytarzach kroki. Lekko zesztywniałam, jednak bez cienia zastanowienia, ruszyłam cicho do drzwi, otwierając je ostrożnym pociągnięciem w swoją stronę. Wystawiłam głowę na korytarz, napotykając tam panujący półcień. Światło z lamp ulicznych i księżyca wpadało jedynie przez pokaźne okna szkolne, nieznacznie naznaczając połacie jasności na posadzce i szafkach. Przełknęłam ślinę, biorąc dostrzeżone wcześniej, leżące na szafce nożyce, zbierając się na odwagę by otworzyć szerzej drzwi, opuszczając w miarę bezpieczne pomieszczenie gazetki szkolnej. Przylgnęła bliżej szafek, rozglądając się na boki i nasłuchując. Wokół panowała względna, grobowa cisza, niczym nie zmącona. W końcu znów usłyszałam ciche kroki, gumowych podeszw ciężkich butów skierowane w stronę rzędu sal zakończonych stołówką. Zdecydowanie nadaję się do wydziału kryminalnego, doskonale potrafię rozpoznać takie drobne szczegóły. Ruszyłam na ugiętych nogach do przodu, zaciskając dłonie mocniej na nożycach, trzymając je w gotowości. Wiodłam wzrokiem dookoła, bardziej skupiając się na punkcie przede mną. Słyszałam, że kroki znów się rozległy, centralnie przede mną, a ta osoba z każdą chwilą się do mnie zbliża. Echo niosło się w moją stronę, ewidentnie szliśmy na siebie. Uniosłam rękę z nożycami nad głową, zbliżając się do końca korytarza, przechodząc na drugą stronę. Moje serce przyspieszyło, mózg szybciej przetwarzał informacje, układając plan ataku. Przykleiłam plecy do zimnej ściany, nasłuchując kroków. Były one przyspieszone, jakby ktoś ze stresem uciekał. Gdy usłyszałam je dostatecznie blisko, wyskoczyłam zza rogu, atakując przeciwnika. Rzuciłam się na niego z nożycami, ale on zrobił gładki unik. Dopiero po chwili zrozumiałam kogo zaatakowałam.
Jednak moja praca długo nie potrwała bo usłyszałam rozchodzące się echem po pustych już korytarzach kroki. Lekko zesztywniałam, jednak bez cienia zastanowienia, ruszyłam cicho do drzwi, otwierając je ostrożnym pociągnięciem w swoją stronę. Wystawiłam głowę na korytarz, napotykając tam panujący półcień. Światło z lamp ulicznych i księżyca wpadało jedynie przez pokaźne okna szkolne, nieznacznie naznaczając połacie jasności na posadzce i szafkach. Przełknęłam ślinę, biorąc dostrzeżone wcześniej, leżące na szafce nożyce, zbierając się na odwagę by otworzyć szerzej drzwi, opuszczając w miarę bezpieczne pomieszczenie gazetki szkolnej. Przylgnęła bliżej szafek, rozglądając się na boki i nasłuchując. Wokół panowała względna, grobowa cisza, niczym nie zmącona. W końcu znów usłyszałam ciche kroki, gumowych podeszw ciężkich butów skierowane w stronę rzędu sal zakończonych stołówką. Zdecydowanie nadaję się do wydziału kryminalnego, doskonale potrafię rozpoznać takie drobne szczegóły. Ruszyłam na ugiętych nogach do przodu, zaciskając dłonie mocniej na nożycach, trzymając je w gotowości. Wiodłam wzrokiem dookoła, bardziej skupiając się na punkcie przede mną. Słyszałam, że kroki znów się rozległy, centralnie przede mną, a ta osoba z każdą chwilą się do mnie zbliża. Echo niosło się w moją stronę, ewidentnie szliśmy na siebie. Uniosłam rękę z nożycami nad głową, zbliżając się do końca korytarza, przechodząc na drugą stronę. Moje serce przyspieszyło, mózg szybciej przetwarzał informacje, układając plan ataku. Przykleiłam plecy do zimnej ściany, nasłuchując kroków. Były one przyspieszone, jakby ktoś ze stresem uciekał. Gdy usłyszałam je dostatecznie blisko, wyskoczyłam zza rogu, atakując przeciwnika. Rzuciłam się na niego z nożycami, ale on zrobił gładki unik. Dopiero po chwili zrozumiałam kogo zaatakowałam.
- Folk, do reszty cię
popieprzyło!? – Zirytowany i podniesiony głos Jasona obił się o moje
uszy, w chwili gdy ja odetchnęłam z ulgą, opierając się o szybę jednego z
dużych okien. Chłopak był w pełni ubrany, z zawieszoną na ramieniu
torbą treningową. Jego włosy były delikatnie posklejane po zapewne
wzięciu prysznica po treningu.
- To tylko ty... - Mruknęłam, kładąc swoją zimną dłoń na rozgrzanym czole.
- No ja, a któż by inny? – Wyrzucił dłonie w górę, w geście bezradności. – Na wszystkich rzucasz się z zamiarem zabicia?
- Mógłbyś przymknąć ten
swój rudy dziób? – Sarkazm i ironia wezbrały we mnie na nowo, kierując
swą siłę na stałego przeciwnika. – Myślałam, że to mnie chcą zabić,
ostatnie czasy coraz gorzej z tym miasteczkiem.
Jason zaśmiał się cicho, uśmiechając złośliwie.
- Nie martw się ciebie by nikt nie tknął, twoje jazgotanie jest denerwujące.
Pokręciłam głową, wywracając oczami.
- Czy ty zawsze musisz
być takim idiotą i ig... - Jednak moją wypowiedź rozdarł krótki i
lamentujący krzyk, dochodzący od strony korytarzy prowadzących do hali.
Oboje spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem w oczach, i zerwaliśmy się
biegiem w stronę, z której dochodziły krzyki. Po drodze Jason rzucił pod
szafki swoją torbę.
Pokonaliśmy dwa załamania korytarzy, dobiegając do drzwi hali.
- Wydaje mi się, że to od strony szatni. – Szepnął Jason, machając na mnie ręką żebym szła za nim.
- Nie musisz mną dyrygować jak trzyletnim dzieckiem. – Warknęłam cicho, zrównując się z nim chodem.
- Na razie może myśl o
tym, że komuś mogła stać się krzywda. – Odparł spokojnie, rozglądając
się na boki. Nagle skrzyżował spojrzenie z moim, sięgając jakby głębiej w
moje źrenice. – I kto tu jest ignorantem, Folk?
Przez jego twarz
przebiegł cień rozbawienia, po chwili znikając i ustępując miejsca
pełnemu skupieniu. Chłopak przemknął szybko do ściany gdzie znajdowały
się drzwi i zajrzał ostrożnie przez okienko drzwi, do szatni. Po chwili
się schował, odwracając głowę w moją stronę. Machnął głową, żebym
podeszła. Rozejrzałam się na boki, przebiegając, i stając koło niego.
- Nie widzę nikogo, ale
miej te śmiercionośne nożyki w gotowości, wchodzę pierwszy. – Uniósł
kącik ust, odwracając głowę, i sięgając do gałki przy wejściu.
Przekręcił ją,
otwierając zestarzałe w nawiasach drzwi, które na szczęście nie
zaskrzypiały. Włożył do środka głowę, rozglądając się po szatni, po czym
uchylił drewno, wchodząc pewnie do środka. Weszłam tuż za nim,
trzymając nożyczki blisko serca. W środku panował lekki mrok, przedarty
jedynie przez światło padające z małych świetlików u góry ściany, przy
suficie. W nocy wszystko wyglądało złowieszczo, a zwłaszcza szkoła,
która już w dzień wygląda jak mordownia. Przeszliśmy parę kroków gdy
Jason nagle stanął, a ja wpadłam w jego plecy.
- Czemu stanąłeś? – Sapnęłam zirytowana, odchodząc krok do tyłu.
- Rozdzielimy się. – Mruknął dyktatorsko, nie odwracając się. – Ja idę w lewo, a ty w prawo.
- Niech ci będzie,
diwo. – Parsknęłam cicho, idąc według jego polecenia w prawo, w bardziej
oświetloną część szatni. Zagłębiłam się w rzędy szafek, na których
wieszakach, wisiały koszulki członów drużyn, wraz z ich rzeczami.
Mijałam każdą z nich, czytając każdy z numerów. Jednak między numerami
Reggiego i Archiego, zobaczyłam lukę. Zero koszulki, rzeczy w szafce,
czegokolwiek.
Może coś tam było. Tuż
pod szafką, zrzucony pewnie niepostrzeżenie, leżał łańcuszek z
zawieszką. Rozejrzałam się, kucając. Wzięłam w dłonie łańcuszek, badając
go. Ponieważ było za ciemno, wyjęłam telefon z kieszeni, załączając na
najmniejszą jasność latarkę. Poświeciłam na zawieszkę, która okazała się
wizerunkiem Matki Boskiej. Była trochę starta na grawerze, widać było
na niej piętno lat. Obróciłam zawieszkę, dostrzegając zgrabnie wtłoczony
tekst. „Żyj zgodnie z sobą".
Budujący napis, tak bardzo dobrze mi znany, podobnie jak właściciel łańcuszka.
- Claire! – Jason nie
silił się na cichy ton, wręcz przeciwnie, wydarł się. Przewróciłam
oczami, wstając, pospiesznie chowając łańcuszek w kieszeni.
Przeszłam szybko między
szafkami, dostrzegając stojącego jak słup soli Blossoma, pomiędzy dwoma
rzędami szafek. Zwiększyłam tempo, skupiając się na nim. Stanęła tuż
obok niego, wyrzucając ręce w górę.
- Ciszej, bo zbudzisz
martwych z grobu! – Pokręciłam głową, jednak zmarszczyłam brwi, widząc,
że wyraz twarzy chłopaka nawet nie drgnął, wciąż był oniemiały i...
przestraszony? Patrzył w jeden punkt, nawet nie mrugając, blady bardziej
niż zwykle.
- Chyba jego już nie zbudzę z grobu. – Odparł drżącym tonem, podnosząc rękę i wskazując na coś przed sobą.
Powiodłam wzrokiem za jego ręką, dostrzegając to, co go tak przeraziło.
Pisnęłam, zakrywając usta dłonią.
Na podłodze, w kałuży krwi, z rozpłatanym gardłem, leżało ciało Kevina Kellera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz