Odsunęłam
się od bruneta, pociągając nosem. Ręce Kyle’a zsunęły się na moją talię,
trzymając blisko siebie, abym albo nie uciekła, albo nie upadła. Oparłam dłonie
na jego klatce, pozwalając wypłynąć z oczu ostatnim łzom. Po chwili poczułam na
policzku zastraszającą ciepłotę kciuka chłopaka, który leniwie starł mokre
strużki z policzków. Powiódł opuszkami palców do brody, pewnie ją łapiąc.
Wyswobodził dolną wargę spod nacisku zębów,
unosząc twarz do góry. Przez chwilę nic nie mówił, wpatrując się jedynie
uparcie w moje oczy. Wyglądał jakby pragnął zajrzeć głęboko w ich głąb, dotrzeć
do samego wnętrza mojej zranionej przez życie duszy. Jego cudownie długie rzęsy
okalały jego oczy, współgrając z ciemnym kolorem tęczówek, które w tej chwili
błyszczały z troską. Pierwszy raz widziałam żeby ktokolwiek prócz rodziny tak
na mnie patrzył. Nasze twarze znajdowały się bliżej siebie o wiele bardziej niż
myślałam. Zjechałam wzrokiem na jego kształtne, malinowe usta. Ich faktura była
zastraszająco delikatna. Nie mogłam się powtrzymać, unosząc jedną z dłoni,
dotykając jego ogolonego policzka. Lekko się spiął, zaciskając dłoń na moich
plecach, jednak nie odtrącił mojej ręki. Ciekawiło mnie jak wygląda w zaroście.
Przejechałam dłonią wzdłuż jego żuchwy, dochodząc do kącika ust. Lekko się
uśmiechnęłam, dotykając ostrożnie jego warg. Były tak jak przypuszczałam,
delikatne i miękkie.
- Jesteś większą zagadką, niż przypuszczałam, Kyle. – Szepnęłam, sprawiając, że
jego kąciki również uniosły się ku górze. Szarpnął moją brodą, odrywając od
czynności, bym spojrzała w jego oczy. Tym razem były bardziej nieodgadnione niż
chwilę wcześniej, jednak ku mej uciesze, nie było w nich tego chłodu, który
miał wtedy w salonie. Mieniły się w świetle zachodzącego słońca.
- Mamy czas, żeby siebie poznać. – Mruknął, pochylając się i całując mnie czule
w czoło. Gdy jego wargi dotknęły mojej rozgrzanej skóry, czułam jakbym w środku
się sypała na najmniejsze kawałeczki. Jednak nie tak, jak przy osobie, którą
chciałabym darzyć głębszym uczuciem. Jak przy przyjacielu, z którym pragnęłam kroczyć
przez życie. Pierwszy raz od dawna zapragnęłam czyjeś bliskości, bezustannie.
Powtórnie wtuliłam się w niego, chowając głowę w zagłębieniu szyi, lekko
przejeżdżając nosem po rozgrzanej skórze szyi. Poruszył się niespokojnie. Miał
łaskotki. Oparł swoją brodę na ramieniu, przyciskając mnie do siebie. W środku
toczyłam okropną walkę, nim udało mi się wypowiedzieć najbardziej absurdalną
propozycję.
- Może zabiorę cię na moje
wrzosowisko?
***
- Poznałem
cię niespełna kilkanaście godzin wstecz, a ty już mnie zaciągasz w krzaki. –
Głos rozbawionego Kyle’a wydobył się gdzieś zza moich pleców, przyprawiając
mnie o wywrót oczu.
- Nie marudź paniczu z dużego miasta, to niedaleko. – Odparłam, mimowolnie się
uśmiechając. Ten człowiek czasem mnie powala. Weszłam na schodki z korzeni
potężnych drzew, rozchylając ścianę krzewów okalających wrzosowisko i brzeg
rzeki. Przystanęłam na szczycie, czekając aż Kyle znajdzie się obok mnie.
Wrzosowisko było sporej wielkości polaną, otoczoną wokół krzewami oraz
drzewami, a tuż na skaraju płynęła niespiesznie rzeka. O tej porze roku
krajobraz był niczym z bajki. Napawałam się cudownym widokiem mojego tajemnego
miejsca, w które zawsze przychodziłam gdy czułam się źle. Nie mogę uwierzyć, że
odkryłam moją tajemnicę przed praktycznie obcą mi osobą. Brunet stanął przy
moim ramieniu, nic nie mówiąc. Spojrzałam na niego kątem oka, widząc, że go
zatkało.
- Chyba kogoś zatkało. – Parsknęłam śmiechem, ostrożnie schodząc na polanę.
Kroczyłam na jej środek, muskając dłońmi łaskoczące moje nagie łydki wrzosy.
Doszłam do poletka, wydeptanego przeze mnie wielokrotnie, kładąc się na ziemi.
Kyle stanął nade mną, rozglądając się wokół. Pomimo odległości mogłam dostrzec,
że był zadziwiony, a jego oczy miały w sobie charakterystyczny błysk. Jego ojciec
miał rację. Jest kompletnie wrażliwy na naturę go otaczającą. Usiadł pełen
podziwu obok mnie, po chwili kładąc się.
- Wow. – Mruknął, wpatrując się w niebo. – Mam rozumieć, że mało kto wie o tym
miejscu?
Przytaknęłam, przymykając oczy.
- Czemu kryjesz to miejsce? – Zapytał cicho, odnajdując moją rękę. Tym razem ja
się spięłam. Nie byłam przyzwyczajona do takiego dotyku. Jednak głupio mi było
odtrącić go, dlatego lekko ścisnęłam jego dłoń. Odpowiedział mi na to,
zdecydowanie splatając nasze palce, kładąc je na swoim brzuchu. Gładził
kciukiem fakturę mojej skóry, w bardzo kojący sposób.
- To specjalne miejsce. – Mruknęłam, mimowolnie unosząc kąciki ust. – Kiedyś,
mój stary przyjaciel mi je pokazał.
Zwróciłam tym uwagę bruneta, który obrócił się na bok, wspierając głowę na
pięści. Spojrzałam na niego kątek oka, lokalizując, że przyglądał mi się
intensywnie, wyczekując dalszej opowieści. Przełknęłam ślinę, dalej uporczywie
badając wzrokiem niebo, zbierając się na odwagę.
- Gdy mieliśmy problem, spotykaliśmy się tutaj. Nie zawsze mógł do mnie przyjść
do domu, przez kontrolę rodziców. – Zaczęłam smutno, wzdychając. – To było
nasze stałe miejsce szukania spokoju wewnętrznego.
- Co się stało z tym przyjacielem? – Zapytał beztrosko, jednak we mnie
zabuzowało. Odetchnęłam głeboko.
- Umarł. – Ze świstem wypuściłam powietrze, czując przy okazji mocniejszy,
pokrzepiający ścisk dłoni.
- Jak umarł? – Drążył dalej, wbijając mi tym niewidzialne szpile w serce. Nie
miałam mu tego za złe, nie wiedział tego co ja.
- Utopił się w rzece. – Obróciłam głowę w jego stronę, kamieniejąc. Patrzył na
mnie z zafascynowaniem. Tym samym wzrokiem co Logan. Tak samo ułożony jak on.
Mrugnęłam, widząc przez ułamek sekundy zamiast leżącego koło mnie Kyle’a –
Logana. Zamknęłam pospiesznie oczy, mocno zaciskając powieki. Wbiłam paznokcie
w skórę wolnej dłoni, w głowie odliczając. Po pięciu wypuściłam głośno
powietrze. Poczułam dłoń na policzku,
ostrożny ruch pocierający kciuka.
- Hej, Claire, wróć do mnie. – Jedwabisty głos bruneta przebił się przez
zasłonę ciemności we mnie, sprawiając, że otworzyłam oczy, napotykając na te
jego wielkie, orzechowe gały. Uspokoiłam się, uśmiechając. Przypuszczałam, że
chłopak jest większym dupkiem, a okazał się moją… kotwicą?
- Przepraszam. – Mruknęłam z lekką chrypką. – Wspomnienia wróciły.
- Nie przepraszaj, to ja wymagałem tego od ciebie. – Posłał mi cudownie
prawdziwy i ciepły uśmiech. Bez grama chłodu. – Przykro mi z powodu twojego
przyjaciela. Kochałaś go?
Zabrakło mi słów.
Czy kochałam Logana?
To z nim przeżyłam pierwszy pocałunek.
Z nim przeżyłam pierwszy raz.
Dzięki niemu
pokochałam siebie w stopniu trudnym do opisania.
Jednak… Czy go kochałam miłością prawdziwą?
- Nie wiem, Kyle. – Szepnęłam przygryzając odruchowo wargę.Robiłam to
praktycznie zawsze w niekonfortowej sytuacji. – Był mi bliższy niż ktokolwiek
inny. Ale nie mam pojęcia czy go kochałam.
- Co one oznaczają? – Zapytałam cicho, z fascynacją.
- Jeszcze nie jest czas bym ci o nich odpowiedział. – Odparł chłodno, mrożąc mnie od stóp do głów. Błyskawicznie się zatrzymałam, poważniejąc. Uniosłam wzrok, napotykając jego tęczówki, które wcześniej ciepłe, dające poczucie bezpieczeństwa, teraz stały się puste. Zadrżała mi ręka, dlatego szybko ją cofnęłam, pocierając opuszki, jakby chcąc do końca pozbyć się kontaktu z jego skórą. Odchrząknęłam.
- Nie powinnam. – Mruknęłam, próbując uspokoić bardziej siebie, niż usprawiedliwić.Zacisnęłam lekko powieki, ponownie czując niepokój. Pokręciłam głową, wstając błyskawicznie. Starałam się przed kimś otworzyć pierwszy raz od bardzo długiego czasu, ale rzeczywistość znów mnie sprowadziła na ziemię. – Zapomnij o tym.
Ruszyłam przed siebie chcąc odejść, jednak poczułam szarpnięcie ramienia, zbyt mocne, żebym mogła się oprzeć. Odwróciłam się, piorunując bruneta wzrokiem. Jego spojrzenie było zamglone, jednak łagodniejsze niż chwilę temu. Jak on potrafi być tak bardzo zmienny?
- Claire, nie mogę, albo nie potrafię teraz o tym mówić, zrozum to. – Był skruszony, wręcz złamany. Moje wściekłość powoli opuszczała moje żyły, następując miejsce kompletnej bezradności. – Tak jak ty, nie potrafisz w tym momencie mówić o swoich rodzicach.
Uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jakbym się na powrót sypała, przeżywając rozpacz na nowo. Nie potrafiłam udźwignąć jego przytłaczającego, narzucającego obowiązek spojrzenia. Odwróciłam wzrok, skupiając się na poruszanych przez wiatr wrzosach, które pochłaniały ostatnie promienie słoneczne tego dnia.
- Spójrz na mnie, nie potrafię mówić nie patrząc ci w oczy. – Jego palce wylądowały na mojej brodzie, odwracając mimowolnie głowę, krzyżując nasze spojrzenia.Widziałam w jego oczach ból i smutek, walczące z maską obojętności. Zsunął dłoń z ramienia, powoli zmierzając do mojej dłoni, którą ścisnął ostrożnie, jakby zaraz miała się posypać. Przez miejsca gdzie mnie dotknął, przepłynął niewidzialny ładunek, atakując w przyjemny sposób moje wnętrzności. – Potrzebuję ciebie tak bardzo jak ty mnie.
- Nie znamy się praktycznie. – Obruszyłam się, mówiąc to łamiącym głosem, szukając ucieczki od sytuacji.
- Nie miałaś nigdy tak, że poznając kogoś, czułaś, jakbyś go znała całe życie? – Zapytał z nadzieją, próbując do mnie dotrzeć. Na powrót starałam się szczelnie zamknąć w swoim murze, stworzonym z cierpienia, jednak jakimś cudem, on potrafił się przez niego przedrzeć, docierając do najkruchszej wersji mnie. Słabej i bezbronnej.
Pociągnęłam zrezygnowana nosem, czując jak moje oczy powtórnie zachodzą kurtyną łez.
Nie mam pojęcia czemu płakałam.
Miałam po prostu taką potrzebę.
- Niszczysz mnie wewnętrznie, Kyle. – Szepnęłam, dygocząc. Chłopak zbliżył się, niebezpiecznie blisko, stykając nas klatkami.
- Ty mnie naprawiasz, Claire. – Mruknął, uśmiechając się szczerze. – Przy tobie czuję potrzebę regeneracji.
Nie spuściliśmy z siebie wzroku, zatracając się nawzajem w swoich wnętrzach. Poczułam przyjemne ciepło od środka, które powoli rozchodziło się po moim ciele. Czułam, że patrzyłam na prawdziwego Kyle’a – a nie na dupka, z za dużym ego. Uśmiechnęłam się smutno.
- Czuję się przy tobie cholernie bezbronna. – Zaśmiałam się cicho, kręcąc głową.
- A ja czuję, że szykuje nam się bogata przyszłość, panno Folk. – Zachichotał, błyskając figlarsko oczami, niespodziewanie biorąc mnie w ramiona, unosząc. Pisnęłam, łapiąc się jego szyi, podczas gdy on, okręcił nami wokół własnej osi.
- Kyle! – Zachichotałam, przybliżając się szczelniej do niego. Postawił mnie na ziemi, wciąż trzymając dłonie na moich biodrach, odsuwając jedynie na odległość ramienia, żebym przypadkiem nie uciekła.
- Słucham, Claireen? – Przedłużył moje imię, sprawiając, że zmarszczyłam nos.
- Claireen? – Przekrzywiłam odruchowo na bok głowę. – Kylie?
Zmarszczył śmiesznie nos, robiąc kompletnie głupią a zarazem uroczą minę.
- Zmieniłaś moje imię na żenskie? – Starał się stłumić błądzący w kącikach jego ust uśmiech.
- Dla mnie będziesz Kylie. – Oznajmiłam rzeczowo, siląc się na poważny ton.
- Czy wyglądam ci na kobietę? – Wywindował swoją brew, bliżej przyciągając mnie do siebie.
- Przystojną kobietą jesteś. – Zachichotałam, chowając głowę zawstydzona, w zagłębieniu jego szyi. Chyba to już stało się odruchem. Wtulona, czułam wibracje jego gardła i klatki piersiowej. Skubaniec się śmiał.
- Twierdzisz, że jestem przystojny? – Zapytał beztrosko, sprawiając, że prawie spaliłam buraka na twarzy. Czy ja to powiedziałam?
- Nie udawaj, że słyszysz to pierwszy raz. – Wymruczałam, wtulona w niego, chcąc się ukryć przed jego kpiąco figlarnym spojrzeniem.
- Pierwszy raz, mówi mi to ktoś, na kim mi zależy. – Jego głos lekko pozbawił się barwy, sprowadzając do bardziej poważnego. Ja również, spoważniałam, odsuwając się, by spojrzeć z jego twarz.
- Zależy ci na mnie? – Zapytałam, unosząc brwi. Niechętnie pokiwał głową, zagryzając dolną wargę.
Cholera, wyglądał naprawdę seksownie.
- Mi na tobie też, Kylie. – Uśmiechnęłam się nieśmiale, stając na palcach, żeby ucałować do w żuchwę. On się pochylił, składając przeciągły pocałunek na moim czole.
Wreszcie nie czułam się sama.
***
Pożegnałam się z Kyle’em, rozchodząc się do naszych domów. Było już grubo po
północy, ale byłam zdeterminowana.
Kyle dał mi siłę, bym coś zmieniła w swoim życiu, dlatego, nie mówiąc nawet
jemu, miałam zamiar się wykraść i pojechać do największego kutasiarza jakiego
poznałam. Na palcach wróciłam do pokoju, mijając bez zbędnych pytań sypialnię
dziadków, słysząc, że są pogrążeni w głębokim śnie. Zajrzałam z ciekawością do
pokoju Terry’ego, ale zastałam kompletnie puste pomieszczenie. Podeszłam do
łóżka, widząc, że jest zaściełane, bez najmniejszego zagniecenia.
Nie wrócił do domu? Wyjęłam telefon, widząc, że miałam go wyciszonego przez
cały dzień.
Chyba był mój błąd.
Ujrzałam sporą ilość nieodebranych połączeń i kilka sms’ów.
Odblokowałam go, wchodząc w listę.
8 nieodebranych połączeń od Terry’ego i ponad 20 od nieznanego numeru.
Weszłam w wiadomości, widząc, że obie osoby do mnie smsowały. Kliknęłam dymek
obok imienia kuzyna, czytając treść.
9:03 pm.
Heather, oddzwoń.
9:10 pm.
Oddzwoń do kurwy.
9:12 pm.
Mam kłopoty..
Oddech
ugrzązł mi w gardle, powodując lekką panikę.
On do mnie dzwonił, bo miał kłopoty... Albo się zgrywał. Uwielbiał, gdy się o
niego martwiłam. Jednak… to już nie te lata.
Wybrałam jego numer, nawiązując połączenie. Dźwięk nieustannie trwał,
doprowadzając do włączenia poczty głosowej. Za każdym razem. A było ich z 10. Znów zacisnęłam powieki, starając się uspokoić i unormować oddech. Może nie ma
czym się martwić, może jest u kolegi i zgrywa się. Może to tylko głupie żarty?
A dla picu i przykrywki zostawił wtedy swój medalion w szatni?
Albo ma coś wspólnego ze śmiercią Kevina…
Nie, nie. Potrząsnęłam głową, wyrzucając ten debilny pomysł. W chwili gdy było
morderstwo był w domu, nie ma opcji by się przeteleportował w tak krótkim
czasie i zabił synalka szeryfa, którego z resztą jeszcze nie odnaleziono… Gdzie
ciało?
Miałam w głowie więcej pytań niż odpowiedzi, więcej sprzeczności niż prostych. Wyrzuciłam
to z mózgu, skupiając się na akcji jaką chciałam przeprowadzić. Przelotnie
spojrzałam na wiadomości od nieznanego numeru.
Jak się
okazało, nie taki nieznany był jego właściciel.
10:02 pm.
Folk, nie wściekaj się na mnie.
10:05 pm.
Nie miałem na celu cię urazić..
10:15 pm.
Ile jeszcze będę dzwonił, żebyś to odebrała?
10:20 pm.
Dobra, możesz się pierdolić, Folk. Twój wybór.
Zaśmiałam
się pod nosem, wyobrażając wściekłego Blossoma, który wypisywał te wiadomości.
Dopadła go skrucha?
Uderzyłam palcem w ekran, naciskając na numer. Wyświetliło mi się pole, dlatego
wysunęłam klawiaturę, wpisując tekst.
„Wiewiórka”
Pokręciłam głową z rozbawienia, zapisując.
Okej, może jestem dziecinna. Ale znęcanie się nad nim sprawia mi cholerną
radość. Zablokowałam telefon, przemieszczając się do swojego pokoju. Nie
zapalam światła, bo byłam pewna, że wtedy Kyle wykryje moją aktywność.
Zdecydowałam się przebrać w czarne legginsy, czarną bluzę nike i czarno-biały
snapback tyłem na przód. Na nogi nałożyłam czarne (coż za niespodzianka)
conversy, które na szczęście zawsze miałam w pudełku w pokoju. Chciałam
wyglądać maksymalnie luzacko, co w jakimś stopniu jest kompletnie śmieszne.
Stroiłam się dla Jasona jak stróż w Boże Ciało. Wzruszyłam do siebie ramionami,
wkładając telefon do kieszeni bluzy, spoglądając w okno pokoju bruneta. Ze
środka sączyło się delikatne światło albo lampki, albo ekranu laptopa. Wolałam
nie ryzykować, dlatego skorzystałam z nieobecności kuzyna i miałam zamiar wyjść
z domu jego oknem. Dodatkowo cały dom to skrzypiąca bestia, dlatego pewnie idąc
w butach, obudziłabym ich bezapelacyjnie. Na palcach przeszłam przez korytarz,
przystając na moment, nasłuchując czy dziadkowie na pewno śpią. Przystawiłam
ucho do drzwi ich sypialni, i usłyszałam miarowe oddychanie z
charakterystycznym chrapaniem dziadka. Odetchnęłam, pospiesznie wchodząc do
pokoju Terry’ego, otwierając jego okno, wysunęłam głowę, rozglądając się.
Trawnik był pusty, a cała dzielnica cicha, pochłonięta przez ciemność nocy.
Zlokalizowałam rynnę przy jego oknie z dziką satysfakcją przełożyłam nogę przez
okno na zewnątrz, doskakując rynny, która swoją drogą zaskrzypiała, zeszłam
powoli, modląc się aby rynna wytrzymała, na sam dół, zeskakując na trawę.
Sięgnęłam do kieszeni, wyciągając telefon i patrząc na godzinę. Była dokładnie
1:23 am.
Uśmiechnęłam się do siebie, ruszając truchtem po trawnikach sąsiadów, wbiegając
na chodnik.
***
Po około dwudziestu pięciu minutach pół biegu, pół chodu, dotarłam na
przedmieścia, do jednej z bogatych jak na Riverdale dzielnicy. Znałam dobrze
dom Jasona i Cheryl, musiałam, prowadzona czystą ciekawością, wycisnąć z
dostępnych informacji o nich dosłownie wszystko po samobójstwie ojca
rodzeństwa. Było to na swój upiorny sposób bardzo fascynujące.
Stanęłam po drugiej stronie ulicy, opierając się o pobliskie drzewo. Dom był
niezbyt wielki jak na ich standardy, ale rozwlekły, z trzema garażami, idealnie
wyglądającym ogrodem otaczającym dom, i samego domostwa w surowej bieli. Był
przeciwieństwem Thornhill, którego wyglądało jak pieprzony dom strachów. Jak
tam w ogóle można mieszkać?
Nie chciałabym siedzieć tam minuty, nawet gdyby mi srogo zapłacili. Zebrałam
się w sobie przez dobre kilka chwil, oddychając głęboko, oderwałam wzrok od
pogrążonego w ciemności domu, wlepiając spojrzenie w telefon.
Przgryzłam wargę nerwowo, wchodząc w wiadomości od Jasona. Ta wiewiórka mnie
wciąż śmieszy.
Ja
1:59 am.
Zaprzątasz swoją rudą główkę problemami?
Skierowałam palec na „wyślij”
Odpowiedź otrzymałam niemal od razu.
Wiewiórka
2:00 am.
Jedynym moim dotychczasowym problemem jesteś ty.
Zaśmiałam się pod nosem, wpisując odpowiedź.
Ja
2:01 am.
Z problemami należy się zmierzyć, nieprawdaż?
Wiewiórka
2:01 am.
przespać*
Ja
2:02 am.
To zwlecz się i złap swój problem.
Status: Wyświetlone
Parsknęłam
śmiechem. Ktoś chyba poczuł się zmieszany. Zablokowałam telefon, wciąż
niemiłosiernie miętoląc swoją wargę. Dzisiaj miałam w sobie nieopisaną odwagę i
siłę. Muszę ją maksymalnie wykorzystać.
Wyprostowałam się gdy światło na werandzie zaświeciło się, czułe na ruch.
Schowałam się głębiej w ciemność drzewa, które odgraniczało mnie od światła
księżyca. Drzwi otworzyły się szeroko, a na zewnątrz wyszedł Jason. Ale jego
widok sprawił, że moje serce zaczęło bić szybciej i intensywniej. Czułam
nieodgadnione uczucie, które skręcało mi trzewia. Jego włosy sterczały w każdą
stronę świata, uwolnione spod sideł jego cholernie drogiego żelu układającego
niesforne rude kosmyki. Był bez koszulki, w samych dresach na bosaka, bez
krztyny snu na twarzy. Rozejrzał się, dostrzegając mnie, pomimo ciemności. Mogę
przysiąc, że oczy mu rozbłysnęły. Skupił na mnie swój intensywny wzrok,
sprawiając, że byłam zmuszona wyłonić się z mroku. Zsunęłam rękawy przydużej
bluzy, do połowy dłoni, lekko unosząc kąciki ust. Całą uwagę przeniosłamna
niego, niestety czując, że z mojej pewności siebie, zostaje mi przy nim jedynie
cień. Podeszłam wolnym krokiem do schodów, w tej samym momecie gdy on podczas
całej mojej wędrówki nie odezwał się nawet słowem, jedynie podstępnie
uśmiechając. W międzyczasie oparł się o framugę luźno, wyglądając jeszcze
bardziej pociągająco. Samym wyglądem rozpalił delikatnie we mnie płomień, który
rósł z każdym krokiem. Weszłam po schodkach, stając z nim twarzą w twarz.
- No i jest, mój problem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz