O mnie

O mnie

breaking news

Witam, fakt, że ta oto strona została otworzona w twojej przeglądarce, świadczy o tym, że interesuje cię moja twórczość!

Po całą zawartość tego bloga zapraszam do zakładek;
każda jest podpisana tytułem danego opowiadania, a tam, cały czas zostają aktualizowane informacje o wstawionych rozdziałach.

Miłego Czytania! x

środa, 18 listopada 2020

DV; [3] złe postrzeganie

 Zrezygnowana, wróciłam po swoją torbę, którą zostawił w biurze dnia poprzedniego. Wparowałam szybko przez drzwi, rozglądając się smutno po pomieszczeniu. Prawdopodobnie już nigdy tu nie zasiądę, by popracować, odpocząć od zgiełku mojego życia. Ta funkcja była moją odskocznią.
Ktoś perfidnie i z premedytacją mi ją zabrał, zostawiając wstyd i poczucie winy. Poprzysięgłam sobie, że znajdę osobę, która to zrobiła, i rozszarpię na strzępy. Pokręciłam głową, podchodząc do biurka, na którym jeszcze leżały zostawione dnia poprzedniego moje materiały. Na krześle leżała torba, którą ze smutkiem podniosłam, zawieszając na ramieniu. Rzuciłam spojrzenie na laptop, leżący na blacie. Spojrzałam w stronę drzwi, zamkniętych.
Raz się żyje.
Otworzyłam go, logując się JESZCZE nie zmienionym hasłem na konto Betty. Weszłam w kolejkę drukowania, widząc anulowane wszystkie publikacje jakie wysłałam wczoraj. Jakim cudem ktoś złamał zabezpieczenia haseł Betty?
Natomiast w zamian, na ekranie znajdował się plik, którego wcześniej nie było.
Był subtelnie podpisany tytułem „Prawda”. Parsknęłam pod nosem, otwierając go. Jednak moje roześmianie wyparowało, gdy ujrzałam dużą ilość plików wideo połączonych z audio, oznaczonych numerkami, nie po kolei. Było ich za dużo do obejrzenia, a w każdej chwili mogła tu przyjść Betty. Wyciągnęłam pęk kluczy z torby, na których zaczepiony był drobny pendrive. Podłączyłam go pod wejście usb, kopiując cały plik. Stukałam niecierpliwie, widząc, że przesył plików jest wolniejszy niż myślałam.
Moje serce przyspieszyło gdy przy 70% usłyszałam na korytarzu głos rozmawiającej przez telefon Betty. Oblał mnie zimny pot, bojąc się, że zostanę przyłapana. Zniecierpliwione stukanie przyspieszyło, a ja w myślach poganiałam laptop, nerwowo spoglądając na drzwi.
Przesył przyspieszył, dochodząc 100%, w chwili gdy błyskawicznie wyjęłam pendrive a pokój został otwarty. W drzwiach stała Betty, jednak zdążyłam już zatrzasnąć laptopa. Czułam się jak w filmie szpiegowskim.
- Co ty tu jeszcze robisz? – Warknęła, poirytowana, zagradzając mi drzwi. Schowałam szybko klucze do torby. – Już nie dość narobiłaś szkód?
- Przyszłam po swoją torbę. – Mruknęłam nerwowo, zaciskając dłonie, które lekko się spociły i drżały. – Po prostu szkoda mi to wszystko opuszczać.
- Trzeba było myśleć wcześniej, Claire. – Wywróciła oczami, odstępując mi wyjście ręką. – A teraz wyjdź. Rzeczy zbierzesz kiedy indziej.
Pokiwałam głową, szybkim krokiem chcąc opuścić pokój. Jednak przystanęłam obok niej, odwracając głowę i spoglądając prosto w jej oczy.
- Nie chciałam kogokolwiek skrzywdzić, Betts. – Szepnęłam drżącym głosem, opuszczając pomieszczenie. Jednak zostałam zatrzyma przez cichę odchrząknięcie blondynki.
- Clay? – Odwróciłam się do niej, widząc kompletnie inny wyraz twarzy. Skrucha. – Widziałaś może ostatnio Kevina? – Moje serce wręcz stanęło, a mnie zmroziło. Myśl Claire, myśl.
- Nie. – Pokręciłam głową, puszczając jej zmartwiony uśmiech. Musiałam udawać. – A coś się stało?
- Nie wiem. – Zrezygnowana oparła się o nawierzchnię drzwi. – Nie odpowiada na moje sms’u, dzwonienie, jakby zapadł się pod ziemię… Dużo z tobą rozmawiał w ostatnim czasie, więc myślałam, że coś wiesz.
- Przykro mi, Betty, ale nie. – Blondynka pokiwała głową, machając rękę.
- Zapomnij, że pytałam, jakby dał ci znak życia, to mi napisz, okej? – Zapytała z przytłaczającą nadzieją w oczach. Ścisnęły się moje wnętrzności, a serce zakuło. Bardzo mi przykro, Betts, ale nigdy go już nie zobaczysz żywego.
Pokiwałam głową, odwracając się na pięcie i zmierzając do wyjścia.
Nie znaleziono jego ciała, ludzie wciąż myślą, że żyje. W co pogrywa morderca? Chciałam jak najszybciej się ulotnić, bo poczucie winy drążyło we mnie cholernie nieprzyjemną dziurę.
Przemierzyłam szybko korytarz, ignorując każde zdradzieckie spojrzenie skierowane w moją stronę.
- Claire. – Poczułam gwałtowne pociągnięcie, które zmieniło trajektorię mojej drogi, wpadając na dobrze znaną mi bluzę członka drużyny futbolowej. Uniosłam głowę, gwałtownie odskakując.
- Czego chcesz, Jason. – Warknęłam, poprawiając torbę na ramieniu. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Jego spojrzenie było pełne bólu i wstydu. Moje natomiast – twarde i nieustępliwe. – Wcześniej jakoś skory do rozmowy nie byłeś.
- Nie wściekaj się na mnie. – Odparł, lekko zmieniając swoją postawę. Oczywiście na aroganckiego dupka. – To nie moja wina, że wypłynął twój tekst.
Zacisnęłam mocniej pięści, wbijając paznokcie w skórę. Czemu ja mogłabym się po nim spodziewać czegoś pozytywnego.
- A ty jak zwykle swoje. – Pokręciłam głową, spoglądając na sufit. – Podczas gdy inni najchętniej by spalili mnie na stosie, ty stałeś, patrząc na mnie jak na winną.
- To było twoje pismo, Folk. – Parsknął śmiechem, wkładając dłonie w kieszenie. – Zaprzeczysz?
- Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć, Blossom. – Fuknęłam, a mój palec wystrzelił w jego stronę. – Ale wiesz co jest najgorsze? – Jego brwi uniosły się w górę wyczekująco. – Zdążyłam pomyśleć, że jest w tobie chociażby ksztyna normalnego człowieka.
Otworzył zdegustowany usta. Co najgorsze, nie potrafiłam rozszyfrować jego wyrazu twarzy.
- Dla twojej wiadomości, idę dziś na policję. – Oznajmiłam, cofając się w tył. – Nie mam ochoty dzielić z tobą jakiejkolwiek tajemnicy.
Odwróciłam się, wychodząc na dziedziniec szkolny. Ku mojemu nieszczęściu, wybiegł za mną, łapiąc mnie za nadgarstek i odwracając w swoją stronę. Starałam się wyrwać, jednak na marne.
- Folk, nie zgrywaj odważnej. – Warknął gardłowo, stojąc niebezpiecznie blisko mnie, zacieśniając uścisk jego dłoni na moim nadgarstku. – Nie miałem zamiaru płacić za twoje błędy. Za tą akcję zapłacimy zbyt dużą cenę.
Zaśmiałam się, nie mogąc wytrzymać już zbierającej się frustracji.
- Spieprzaj, Blossom. Nigdy się nie zmienisz, a ja nie chcę nosić na plecach ciężaru czyjeś śmierci. – Szepnęłam, wodząc wzrokiem po jego skupionej twarzy. – Oficjalnie, wciąż cię nienawidzę.
Wyrwałam się, cofając i odchodząc samotnie.

***
Wpadłam do domu jak burza, głośno trzaskając drzwiami.
Zdążyłam jedynie przebiec szybko przez korytarz i wejść na pierwsze stopnie schodów.
Zwabiło to pichcącą w kuchni swoje wypieki moją babcię, która zmartwiona pojawiła się w holu ze ściereczką w dłoniach, gdy chciałam jak najszybciej zaszyć się w pokoju.
- Heather, coś się stało? – Zapytała troskliwie, patrząc na mnie z niepokojem w oczach. Odetchnęłam głęboko, zanim się odwróciłam, uśmiechając szeroko.
- Ciężki dzień w szkole, babciu. – Zeszłam ze schodów, podchodząc do niej i całując na uspokojenie w polik. – Cóż to za pyszności robisz?
Wyminęłam ją, zaglądając do kuchni. Podeszłam do blatu, sięgając do dopiero co wyjętej z piekarnika, mojej ulubionej tarty truskawkowej. Jednak nie zdążyłam jej dosięgnąć, bo dostałam ściereczką po rękach.
- Nie ruszaj! – Zaśmiała się, zabierając mi spod nosa brytwannę. – To dla sąsiadów. Idziemy dzisiaj do nich w gości.
- Pani Melinger? – Zmarszczyłam brwi, przechylając odruchowo głowę na bok. – Jest już po trzeciej operacji tego biodra, ale ględzi i narzeka wciąż tak s…
- Do Sandlerów, głuptasie. – Odparła, starannie pakując swoje wypieki do koszyka. – Sprowadzili się dwa dni temu do domu naprzeciw, przyjechali z dużego miasta.
Przełknęłam ślinę, spoglądając przez okno na dom po drugiej stronie ulicy.
- Mają syna w moim wieku? – Zapytałam nieobecnym głosem, wpatrując się w podjazd.
- Nie wiem w jakim wieku, ale tak. Skąd wiesz? – Uniosła wzrok, przerywając swoją dotychczasową czynność.
- Zgadywałam. – Przełknęłam ślinę, przypominając sobie przenikliwe spojrzenie Kyle’a.
- Mają jeszcze córkę, starszą od ciebie o rok. – Uśmiechnęła się ciepło. – Liczę, że będziesz dla nich miła i uprzeja, Heather.
Zamknęłam na chwilę oczy, łapiąc się mocniej kantu blatu. Odliczyłam do pięciu, otwierając je.
- Oczywiście. – Uniosłam fałszywie kąciki ust. Ale jestem w bagnie. Nim zdążyłam usłyszeć kolejne pouczenia, do kuchni wszedł w przybrudzonej smarem koszulce dziadek, przecierając szmatką ręce i przewieszając ją przez ramię.
Uśmiechnął się na mój widok.
- Jak ci minął dzień, słońce? – Podszedł, całując mnie w skroń, lekko pocierając dłonią ramiona.
- Ciężko, ale daje radę. – Ponownie się uśmiechnęłam, sięgając do stojącej na blacie misy i biorąc z niej jabłko.
Dziadek podszedł do lodówki, biorąc z niej butelkę wody. Pomimo swojego podeszłego wieku, mój poczciwy dziadek był ruchliwy, kochał naprawiać wszelakie auta, sam posiadając parę modeli. Babcia natomiast kochała siedzieć w kuchni, urozmaicając moją dietę o różne wymyślne potrawy. Wielbiliśmy jej tematyczne czwartki, gdy na kolację przygotowywała dania z różnych stron świata.
- Zuch dziewczyna. – Pochwalił mnie, upijając łyk wody. – Chcesz mi pomóc przy Impali?

Moje oczy zabłysnęły pełne podekscytowania, gdy przełknęłam gryz owocu.
- Oczywiście! – Klasnęłam w blat, praktycznie podskakując w miejscu. Wzięłam jeszcze jeden gryz jabłka, kładąc je na blacie.
- Henry, niedługo musimy wychodzić do sąsiadów. – Jęknęła babcia, składając ręce. – Zaciągasz ją ciągle do tych aut, musi się dobrze zaprezentować.
Wywróciłam oczami, śmiejąc się. Podeszłam do babci, obejmując ją.
- Spokojnie, wyrobimy się Inez. – Zachichotał, przecierając czoło. – Terry nie lubi przesiadywać przy autach, to młodej chociaż to wpoję. A sąsiadom, na widok naszej Claire i tak kopary opadną.
- Babciu, zdążę się wyszykować. – Zignorowałam uwagę dziadka, wtulając głowę w szyję kobiety. Była ode mnie niższa o połowę głowy, jednak charakterem przewyższała nas wszystkich razem wziętych.
- No dobrze, napaleńcy, ale za dwie godziny mam was widzieć wyszykowanych na dole do wyjścia. – Oznajmiła zrezygnowanym tonem.
Pisnęłam ze szczęścia, cmokając ją przelotnie w policzek.
- Dziękuję! – Pognałam w stronę garażu, czekając przy drzwiach wewnętrznych na dziadka. Pojawił się po chwili, uśmiechnięty.
- Zważaj na mój wiek, słoneczko, bo mój dysk jest na granicy wypadu. – Zaśmiał się, podchodząc do mnie.
- No coś ty, dziadku, zawsze jesteś młody i piękny. – Zachichotałam, otwierając drzwi, znikając po chwili na schodach prowadzących do garażu.
Na betonie w otwartym garażu stało piękne, czarne cudeńko. Podeszłam do niego, przejeżdżając dłonią po karoserii.
- Cudo. – Szepnęłam w pełnym zachwycie, widząc jak pięknie się prezentował.
- Jeszcze tylko trochę go dopracuję, i już będzie twój. – Rzekł z dumą dziadek, opierając się o framugę. Spojrzałam na niego, podchodząc i go przytulając.
- Dziękuję. – Szepnęłam, całując go w policzek.
Siedziałam z nim nad tym autem dniami i nocami, aby wreszcie był sprawny i abym mogła przemierzać nim drogi Riverdale. Mój ukochany Chevrolet Impala ’67 był wymarzoną maszyną jaką chciałam posiadać. Długo na niego odkładałam, pomimo tego ile mi dołożyli dziadkowie. Rzuciłam spojrzeniem na tył garażu, dostrzegając przykryty, sporej wielkości samochód. Wiedziałam co to za auto. Jednak nigdy nie miałam okazji wsiąść za jego kierownicę.
Odwróciłam szybko wzrok, wracając do mojego cacka.
- Kiedy będę mogła się przejechać? – Zapytałam z podekscytowaniem w głosie.
- Twoje cudeńko wyjedzie z garażu za jakieś dwa dni, tylko dokonam ostatnich poprawek. – Uśmiechnął się. Klasnęłam w dłonie, podchodząc i podnosząc maskę.
- To za co się zabieramy? – Zapytałam pełna energii, zwarta do pracy.
- Wejdę pod auto i sprawdzę czy wszystko gra, a jak coś będzie trzeba dokręcać to instruujesz.
Kiwnęłam głową, podwijając rękawy. Znałam się na tym prawie tak dobrze jak dziadek, dlatego kochałam tą robotę. Spokojnie w przyszłości mogłabym otworzyć zakład mechaniczny. Byłoby to coś, co sprawiałoby mi przyjemność.
Dziadek wsunął się pod auto, zabierając do pracy.

***

Spojrzałam na zegarek.
6:10pm.
Podskoczyłam, zdając sobie sprawę, że za czterdzieści minut musimy wyjść z domu. Uderzyłam lekko w karoserię.
- Dziadku, niedługo musimy iść do tych nowych, zbieraj się! – Sprawdziłam dokładnie, czy wszystko jest na swoim miejscu, zamykając z trzaskiem maskę.
Starszy mężczyzna wysunął się spod maszyny, rzucając na bok klucz.
- Idź się zająć sobą, młoda damo, a ja już dokończę to i dołączę do ciebie i babci. – Wstał, składając narzędzia. Przytaknęłam, w ekspresowym tępie przemierzając schody i wbiegając niczym burza do mieszkania, wprost do swojego pokoju. Gorączkowo biegałam po pokoju, przygotowując rzeczy na wyjście. Postanowiłam założyć rozkloszowaną spódnicę z kieszonką, trampki, oraz zrobioną ze śliskiego, marszczonego materiału, bluzkę, z minimalnym dekoltem. Położyłam wszystko na łóżku, wyjmując z szuflady czystą bieliznę i przebiegłam do łazienki.
Mój prysznic zajął ponad dwadzieścia minut, gdzie na koniec, po dokładnym wytarciu ciała, wmasowałam w skórę ulubiony balsam. Zmieniłam bieliznę, wrzucając wcześniejszą do kosza na brudną, i wyszłam pospiesznie z łazienki. Popryskałam się ulubionymi perfumami, rozpylając w pokoju mieszaninę jaśminu, drzewa sandałowego i zielonej herbaty. Nie lubiłam drażniących w nos zapachów, czyli tych nazywanych „zmysłowymi”. Raczej również nie przepadałam za uwodzeniem chłopaków, dlatego finalnie jestem sama.
W sumie też z własnego, indywidualnego wyboru.
Narzuciłam na siebie koszulkę, naciągając na biodra spódnicę, wkasując luźno dół bluzki.
Jeszcze raz rozpyliłam na ubrania perfumy, poprawiając przy okazji ułożenie spódnicy. Przy okazji poprawiłam makijaż, wzbogacając się jedynie w korektor i puder. Podeszłam do lustra, układając włosy i przyglądając się sobie samej. Wyglądająca mocno niezdrowo, z lekko zapadniętymi policzkami. Skrzywiłam się, widząc, że spódnica nie zakrywa dokładnie moich ud, przypruszonych małymi różowymi bliznami. Ściągnęłam ją minimalnie w dół, nie chcąc słuchać niesmacznych uwag i pytań o mój wygląd. Spojrzałam przelotnie na szafkę, na której stało zdjęcie. Spojrzenie błękitnych oczu, z kalejdoskopem złotych, zielonych i szarych plam takich jakie mam ja, patrzyło na mnie z ramki, przyprawiając o dreszcze. Byłyśmy takie podobne. Przełknęłam ślinę, odwracając się od zdjęcia. Wzięłam z biurka zostawiony wcześniej telefon, wkładając go do kieszonki i wyszłam z pokoju. Zbiegłam po schodach, spotykając mocno zdenerwowaną babcię w holu, która niespokojnie tupała nogą. Wyglądało to komicznie, ale wolałam nie wtrącać swoich błyskotliwych uwag. Rozejrzałam się po domu, widząc, że jedynie babcia jest wyszykowana.
- Gdzie jest Terry? – Zmarszczyłam brwi, niespokojnie wygładzając spódnicę.
- Terry jak zwykle olewa takie wyjścia, dlatego jest na treningu. Zostawiłam mu kartkę gdzie będziemy.  – Żachnęła kobieta, ignorując fakt, że kuzyn znów się nie zjawił. Jednak nie dodała już żadnej uwagi, bo w salonie pojawił się poprawiający swoją muchę przy szyi, dziadek.
- Inez, popraw mi proszę to cholerstwo, bo nerwica mnie bierze. – Oznajmił przegrany dziadek, rozkładając bezradnie ręce. Babcia wywróciła oczami, wciskając w moje ręce przykrytą tartę, podchodząc do dziadka.
- Mówiłam ci, abyście się wcześniej zebrali. – Powiedziała, namacalnie zdenerwowana. – Wyglądacie jakbyście nie chcieli ich kompletnie poznawać.
Wymieniłam z dziadkiem rozbawione spojrzenia.
- Co ci się nie podoba w moim ubiorze? – Zaśmiał się mężczyzna, łapiąc delikatnie żonę w talii.
- Nie wziąłeś tej koszuli, którą ci przygotowałam! – Odparła zrozpaczona babcia, ukierunkowując muchę na odpowiednie miejsce. – A ty. – Odwróciła głowę w moją stronę, rzucając oskarżycielskim tonem. – Czemu nie wzięłaś tej pięknej sukienki w kwiaty?
- Bo już nie jest na mnie odpowiednia? – Uniosłam jedną z brwi, przypominając sobie widok tej sukienki, która wisiała niepotrzebna w szafie.
- Niedawno ją nosiłaś. – Mruknęła, wydymując dolną wargę.
- Jak miałam pięć lat, babciu. – Zachichotałam, wręcz się trzęsąc.
Dziadek pokręcił głową rozbawiony, przytulając babcię i całując ją w policzek. Może ten gest nie jest czymś szczególnym, ale kompletnie mnie rozczulił. Dziadkowie pomimo tylu lat, są wciąż ze sobą szczęśliwi, i kochają się tak jak w dniu poznania. Szczerze chciałabym trafić na taką miłość. Ale mnie raczej nie jest dane być z kimś. Nie mam ochoty wpuszczać kogokolwiek do mojego życia.
Tak raczej zostanie na zawsze.
- Chodźcie już i nie grzeszcie więcej. – Powiedziała przegranym tonem babcia, podchodząc do mnie, odbierając pojemnik z ciastem.
Dziadek otworzył nam drzwi, puszczając nas jako pierwsze, sam zamykając drzwi po chwili na klucz. Ruszyli pewnym krokiem przez ulicę, podczas gdy ja trzymałam się raczej z tyłu, niespokojnie oddychając. Nie miałam ochoty na przebywanie wśród Sandlerów, może ze względu na Kyle’a, a może na to, że wcześniej dom należał do osoby, która była mi niezwykle bliska, a odeszła szybciej niż mogłabym się spodziewać. Babcia śmiało weszła na werandę, podchodząc do drzwi i naciskając dzwonek.
Usłyszeliśmy zza nawierzchni szmery, gdy po chwili drzwi otworzyła nam rozpromieniona kobieta w średnim wieku, o burzy czarnych włosów. Miała ciepłe spojrzenie orzechowych oczu, i przyklejony do twarzy szeroki uśmiech. Zdecydowanie musiała być to jego matka.
- Państwo Folk! – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, szczerze chyba wykraczając poza granice mojego zdziwienia. – Zapraszamy!
Wpuściła nas do środka, pokazując dłonią salon. Przeszłam niepewnie przez próg domu, rozpoznając pomimo kompletnie innego wystroju, zakopane w murach tego domu wspomnienia. Wbiłam paznokcie w skórę dłoni, na moment przymykając oczy i odliczając do pięciu. Odetchnęłam, idąc za dziadkami w stronę reszty rodziny.
 Przy kanapie stał wysoki mężczyna, mulat, o zaraźliwym uśmiechu i muskularnej posturze.
- Witamy! – Zaśmiał się, rozkładając ręce, przy po chwili podejść i uścisnąć nam dłonie, całując dłoń babci. Jakże zapomniany gest.
- Yaser Sandler, miło mi Was poznać. – Uśmiechnął się, zatrzymując spojrzenie na mnie. – Ty jesteś Claire, nieprawdaż?
- Tak – Uśmiechnęłam się nikle, podając mu dłoń. Zatrzymał uścisk na chwilę. Uniósł wolno moją rękę do ust, składając na wierzchu krótki pocałunek. Jego oczy mnie wręcz przewiercały, a ja czułam się niczym obnażona ze wszystkich sekretów.
Z d e c y d o w a n i e to jego ojciec.
Czułam, że on czegoś szuka w moim spojrzeniu, wyglądzie i zachowaniu. Jednak pomimo mojej ponadprzeciętnej dedukcji, obawiałam się kontaktu z nim. Nie był upiorny. Był kompletnie tajemniczy.
Odkaszlnęłam, odwracając wzrok i wyrywając rękę. Jednak on się nie zraził, odwróciwszy w stronę salonu. Spojrzałam w głąb pomieszczenia, dostrzegając opartego luźno o kominek Kyle’a, z wymalowanym cwaniackim uśmieszkiem na ustach,w czarnej koszuli rozpiętej na trzy guziki. Klon ojca jak cholera. Wyglądał cholernie dobrze, ale starałam się pod żadnym pozorem nie nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego. Jego oczy są hipnotyzujące. Obok niego stała podekscytowana dziewczyna, mniej więcej mojego wzrostu, o jasnej karnacji, rozjaśnionych do blondu włosach, w lekkiej sukience. Znacznie odstawała od swojej rodziny, między innymi kolorem oczu. Jasny błękit. Wydawała się być kompletnym przeciwieństwem młodszego brata.
- Poznajcie proszę moje najstarsze dziecko, Kirę oraz najmłodszego rozrabiakę, Kyle’a. – Określił ich dość przeszczotliwie, na co mojego wnętrzności zrobiły fikołka.
Za dużo słodyczy.
Kira wręcz podbiegła do nas, witając się przytuleniem. Gdy nadeszła moja kolej na przytulenie, oddałam je raczej sztywno. Nie byłam do tego już przyzwyczajona.

Ogólnie unikałam kontaktu z ludźmi.
- Jak się cieszę, że mogę mieć Was za sąsiadów. – Odparła, uśmiechnięta podobnie do matki.
Chłopak powoli podążył za swoją siostrą, leniwie podchodząc do mnie, podając rękę.
- Miło mi cię poznać, Claire. – Wymruczał uwodzicielskim tonem, który chyba miał sprawić, że moje kolana zmiekną, no nie? Chyba coś nie poszło po jego myśli. Na ustach miał prześmiewczy uśmiech, jasno bijący z jego strony ignorancją. Z bliska ujrzałam, że jego rzęsy, są nadnaturalnie długie i grube, jakże niespotykane u płci męskiej. Rzadko widuję taki obraz, lecz nie mogłam dać się omotać jego wyglądowi.
Spojrzałam na niego twardo, mrurząc lekko oczy. Nie miałam zamiaru podawać mu dłoni.
- Mi chyba niezbyt miło. – Odparłam, zaciskając dłonie w pięści. Spotkałam się z głośnym odkaszlnięciem babci, która zdecydowanie była na mnie wściekła.
- Claire… - Szepnęła błagalnie, próbując ratowac sytuację. Jednak Kyle zmieniając taktykę, wywindowują swoją brew przyciągnął mnie do uścisku. Nie oddałam go, przygryzając skonsternowana wargę. Jednak ten czyn sprawił, że moja babcia odetchnęła.
- W takim razie zapraszam Was do ogrodu. – Ojciec rodzeństwa pokierował moich dziadków wraz z resztą swojej rodziny do drzwi wychodzących na ogród, podczas gdy ja, wciąż tkwiłam w uścisku. Z dala słyszałam jak moja babcia wesoło rozmawia na temat swoich wypieków z panią Sandler.
Zdradziecka kobieta, jak mogła tak łatwo kupić te słodkie zachowania?
Gdy tylko głosy ucichły, odepchnęłam Kyle’a z całej siły od siebie. Spotkałam się z jego śmiechem.
- Co ty odpierdalasz!? – Warknęłam, nie mogąc powstrzymać zdenerwowania.
- Ktoś chyba nie jest przyzwyczajony do czułości, co? – Zaśmiał się, pocierając dłońmi o siebie. Był niezwykle nieprzyjemny i arogancki, lecz tym samym mocno pociągający oraz równie tajemniczy co jego ojciec. Tylko u Kyle’a ta tajemniczość była lodowata, mrożąca krew w żyłach, a u starszego Sandlera ciepła i zmieniająca postrzeganie spraw na pozytyw.
- Myślisz, że raz ratując mnie ze spojrzenia tych zawistynych szumowin, kupiłeś mój bilet zaufania do swojej osoby? – Wycelowałam w niego oskarżycielsko palec wskazujący, lekko mrużąc oczy. Uśmiech i rozbawienie nie schodziły z jego ogolonej na zero twarzy, sprawiając, że czułam się jeszcze gorzej. – Co cię tak śmieszy palancie?
- Jesteś urocza jak się złościsz. – Nie wzruszył się moją obelgą, zbliżając się niebezpiecznie blisko. Złapał mój kontakt wzrokowy, stając tuż przede mną. Zaklęłam wewnętrznie, że nie wzięłam wyższych butów. Przewyższał mnie o głowę, przytłaczając. Jego ciepły oddech ogrzał moją delikatną skórę, przez co zadrżałam. Jego oczy wiały okropnym chłodem i chciwością. – Zdecydowanie dawno cię nikt nie dotykał. – Uniósł złośliwie kąciki ust, niespodziewanie przejeżdżając opuszkami palców po mojej skórze na przedramionach. Wstąpiła tam gęsia skórka, a ja wewnętrznie poczułam skręt. Spojrzenie miał nieustępliwie skupione na swojej czynności. W jego dotyku było więcej sprzeczności i mieszanki wybuchowej, niż mogłabym sobie wyobrazić. Jego zapach był okropnie uzależniający. Wciągnęłam głośno powietrze, spinając każdy mięsień. Usatysfakcjonowało go to, bo przeciągnął ścieżkę swojej dłoni na wycięcie bluzki na plecach. Gdy dotknął moich pleców, poczułam podskórne iskierki. Z jednej strony chciałam go odepchnąć, a z drugiej nie chciałam aby przestawał. Jednak mój ratunek nadszedł, gdy w salonie pojawiła się Kira.
- Wszystko już gotowe cho… - Zaczęła, stając niczym wryta w drzwiach. – Em… przepraszam, że przeszkodziłam, ale reszta was woła. – Odkaszlnęła zakłopotana, wychodząc. Odskoczyłam od Kyle’a, rzucając mu nienawistne spojrzenie, i skierowałam się do ogrodu. Wyszłam na ściężkę w kostki, która prowadziła do altany ze stołem uginającym się wręcz od nadmiaru potraw. Wciągnęłam łaskoczący moje nozdrza zapach aromatycznego jedzenia, zasiadając. Ku mojemu nieszczęściu znalazłam się pomiędzy Kirą a Kyle’em, naprzeciw Yasera Sandlera. Czy mój pech będzie miał koniec?
Wszyscy byli pochłonięci rozmową, dlatego jedynie pani Sandler zauważyła nasze przybycie.
- Czemu was tyle nie było? – Jej wywindowana brew sprawiła, że poczułam gulę w gardle. Jednak jej urodziwą twarz przyozdabiał błąkający się w kącikach ust uśmiech.
- Rozmawialiśmy. – Miejsce obok mnie zajął Kyle, beztrosko odpowiadając matce. – Z Claire chodzimy do jednej szkoły, dlatego zaproponowałem by mnie oprowadziła.
Zdziwiona spojrzałam na niego, zastanawiając się co on kombinuje. Jednak brunet odwrócił przelotnie głowę w moją stronę, mrugając do mnie. Wściekłam się jeszcze bardziej.
Tak się bawić nie będziemy.
- Raczej z czasem u mnie słabo, w szkole ciągle jestem zabiegana, a po niej pomagam dziadkowi w warsztacie. – Odparłam, siląc się na udawany miły ton.
- Mogę na spokojnie odpuścić ci jeden dzień, słońce. – Dziadek niespodziewanie wtrącił się do rozmowy, mrugając do mnie porozumiewawczo. Czy on też jest przeciwko mnie?
- To jesteśmy umówieni. – Kyle wyprostował się, szczęśliwy. Albo udawał takiego. Jak na razie był dla mnie człowiekiem zagadką.
- Cieszę się, że tak łatwo nawiązaliście kontakt. – Pani Sandler wstała, sięgając do jednej z mis.
- Jaja sobie robisz?! – Szepnęłam najbardziej jadowitym tonem na jaki mogłam się zdobyć. On natomiast chamsko uśmiechnął się prosto w moją twarz, zsuwając dłoń na moje kolano, które zdecydowanie chwycił. Poczułam się niczym porażeniem prądem, o dziwo, przyjemnym.
- Łatwo ode mnie nie uciekniesz. – Wymruczał, o wiele za blisko mojej twarzy, na co ja zareagowałam nagłym wyprostowaniem i strzepnęłam jego rękę.
- Jeszcze zobaczymy kto komu uprzykrzy życie. – Warknęłam, zaciskając lekko ręce. Kira zdążyła podać mój talerz mamie, aby nałożyła mi idealnie zwędzonego łososia. Z wdzięcznością się do niej uśmiechnęłam, na co ona odpowiedziała mi tym samym z towarzyszącym spojrzeniem rozbieganych oczu. Czułam na sobie baczny wzrok głowy rodziny Sandlerów, który przez skrępowania obdarzał mnie swoim ciepłym wzrokiem.
Uniosłam wzrok, napotykając się z tęczówkami, tymi samymi co posiadał Kyle. Odrząknęłam, czując skrępowanie.

- Heather, podasz mi proszę sok? – Głos babci rozległ się z lewej strony, zwracając moją uwagę. Przytaknęłam, wstając i podając kobiecie karton.
- Heather? – Kira zmarszczyła brwi i przy okazji nos. – Myślałam, że twoje imię to Claire.
Zaśmiałam się cicho, rozsiadając wygodnie na krześle.
- Babcia mnie tak nazywa od małego. – Odparłam z uśmiechem rzucając dziadkom spojrzenie.
- Heather to przypadkiem nie wrzos? – Moją uwagę zwrócił Kyle, który rzeczowym głosem odezwał się, łapiąc moje spojrzenie. – Oznaka miłości oraz umiejętności zachowania duchowej równowagi.
Uniosłam brwi do góry, poważnie zdziwiona. Od kiedy on posiada taką wiedzę?
- Zgadza się. – Odchrząknął mój dziadek wesoło. –Zainteresowaniem Claire od małego były kwiaty, znała każde ich znaczenie i zastosowanie. A jej ulubionym miejscem z dzieciństwa, jest wrzosowisko nieopodal rzeki.
- Widzę, że szerokie masz zainteresowania, Claire. – Przedarł się dźwięczny głos Yasera. – Kyle również będąc dzieckiem interesował się kwiatami. Jest artystą, dosyć wrażliwym na otoczenie.
Brunet speszył się, piorunując ojca wzrokiem. Zdecydowanie nie był zadowolony odkryciem jednej z jego masek przed osobą, której chciał uprzykrzyć życie.
Nasze rozmowy zostały chwilowo przerwane, gdy do stołu podeszła żwawo podobna wiekiem do mojej babci kobieta, z promieniującą wokół pozytywną energią.
- Przepraszam za spóźnienie, na pierwsze spotkanie z sąsiadami. – Zaśmiała się naznaczonym przez czas głosem, rozkładając lekko ręce. – Jestem Tarisa Sandler, miło mi was poznać.
- Siadaj babciu, zaraz poznamy się dokładnie. – Zaśmiała się Kira, łapiąc za rękę starszą kobietę. Ona natomiast powiodła wzrokiem po siedzących, zatrzymując spojrzenie na mnie. Wyraz jej twarzy zmienił się w przeciągu chwili, ze szczęśliwego w zdziwienie, przez przerażenie.
- Mia. – Szepnęła, bardziej do siebie niż do mnie. – To niemożliwe, ty nie żyjesz.
Moje oczy powiększyły się, a uwaga wszystkich skupiła się na mnie.
- Mamo, o czym mówisz? – Brwi pani Sandler połączyły się. – To Claire, mieszka naprzeciw nas.
Kobieta uspokoiła się, siadając.
- Przepraszam, pomyliłam cię z kimś. – Odparła smutno, łapiąc się za serce. Moje natomiast galopowało, a wzrok zmatowiał. Oczy zaszły mi mgłą, a wspomnienia przeleciały w głowie niczym stara taśma. Poczułam jak Kyle delikatnie łapie mnie za rękę, lecz niezareagowałam na jego gest.
- Nie pomyliła się Pani. – Odparłam smutnym głosem. Domyśliłam się, że babcia i dziadek maksymalnie się spięli. – Mia, to była moja matka.
Moje słowa były niczym wyrok śmierci na atmosferę wokół. Wszyscy spoważnieli. Jednak nie patrzyłam na żadne z nich.
- Przepraszam. – Błyskawicznie odsunęłam się od stołu, wstając. Czułam, że do oczu napływały mi łzy. Ktoś znów rozdrapał moją niezabliźnioną ranę. Słyszałam za sobą pomieszany głosy babci, dziadka i domowników, jednak pragnęłam pobyć sama. Okrążyłam dom, wybiegając na chodnik. Z oczu momentalnie popłynęły mi łzy, a ciałem wstrząsnęły dreszcze. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, poczułam jak ktoś gwałtownie łapie mnie za nadgarstek, odwracając w swoją stronę. Wpadłam w czyiś umięśniony tors, wdychając znajomy zapach perfum. Kyle otoczył mnie wytatuowanymi ramionami, przytulając policzek do mojej skroni. Nie miałam siły go odepchnąć, bo czułam, że mogę w jednej chwili upaść przez bezwład nóg. Wtuliłam się w niego, cicho szlochając.
- Nikt nie chciał tego specjalnie, Claire. – Wymruczał uspokajającym tonem, delikatnie nami kołysząc.
Nie chciałam nic odpowiedzieć.
Chciałam po prostu móc funkcjonować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz