Syn szeryfa, leżał
niczym szmaciana lalka, a życie uchodziło z niego z chwili na chwilę,
dlatego rzuciłam się do przodu, chcąc jakoś utrzymać go przy życiu,
dopóki nie przyjedzie pogotowie. Poczułam jednak silny odrzut w tył,
który posłał mnie na przeciwną szafkę, w drugim rzędzie, z głuchym
hukiem. Uderzenie odebrało mi chwilowo dech w piersiach, dlatego
złapałam się powierzchni metalu, próbując nie upaść. Spojrzałam na
rudowłosego szeroko otwartymi oczami.
0
- Jason! Do końca
odebrało ci rozum? Kevin nadal żyje! – Krzyknęłam zachrypniętym głosem,
usiłując złapać oddech. Wzrok Blossoma był nieugięty, beznamiętny.
- On i tak umrze. –
Jego głos był złowieszczy, pozbawiony emocji. Przeczesał dłonią włosy,
chodząc od ściany do ściany, nad ciałem Kellera. – Nie uratujemy go, a
możemy jedynie nabryzgać sobie w papierach.
- Żartujesz sobie,
Blossom – Parsknęłam, czekając aż chłopak wreszcie przestanie udawać
takiego poważnego, jednak jego mina była niezmienna. Przełknęłam ślinę,
obserwując jego nerwowy chód. – Powiedz, że żartujesz.
Chłopak nagle przystanął, tuż przede mną, stając ze mną twarzą w twarz.
- Chcesz iść na
dziennikarstwo, Folk, nieprawdaż? – Głos miał oziębły. – A ja chcę zająć
dobry college, a bez stypendium, nici z tego. Myślisz, że przyjmą
takich, którzy są podejrzanymi o morderstwo syna szeryfa? Może żyjesz w
przekonaniu, że szeryf da nam spokój, twierdząc, że próbowaliśmy go
ratować? Obudź się, Claire. W oczach innych będziemy mordercami.
- A skąd mam pewność,
że to nie ty go zabiłeś? – Szepnęłam, drżącym głosem, powoli bojąc się
jego reakcji. – Uciekałeś od strony miejsca gdzie go zamordowano.
Jason parsknął śmiechem, kręcąc głową, i się cofając.
- W chwili zabójstwa
byłem z tobą, Folk. – W jego tonie kryło się rozbawienie. – Jakbyś nie
zauważyła, niedługo mistrzostwa, muszę ćwiczyć, żeby wygrać.
- Nie znam cię,
Blossom. – Moje serce przyspieszyło, a oddech ugrzązł w gardle. – Nie
wiem kim naprawdę jesteś, ani do czego jesteś zdolny.
- Powiadasz, że mnie nie znasz? – Ponownie się zbliżył, naruszając moją przestrzeń osobistą. – To czas się poznać.
Nim zdążyłam
zareagować, Jason złapał mnie za biodra, bez problemu unosząc, i
przerzucając przez ramię. Zaczęłam się szamotać, i okładać jego plecy
pięściami.
- Puść mnie, palancie!
Zadzwonię na policję! – Krzyczałam jak opętana, próbując się wyrwać.
Chłopak ruszył ku wyjściu z szatni, nie przejmując się wykrwawionym
Kevinem, leżącym w kałuży krwi dwie szafki dalej. Rudzielcowi wrócił
dobry humor, niosąc mnie jak worek ziemniaków.
- Siedzimy w tym razem,
awanturnico. – Zaśmiał się, delikatnie i bez problemu mną podrzucając. –
Zatopisz mnie, to spadniesz razem ze mną na dno.
- Mało mnie to obchodzi! – Siły powoli mnie opuszczały, gdy mijaliśmy szafki oraz drzwi do hali.
– Wolę wylądować w więzieniu niż siedzieć tu z tobą!
- Uuu, śmiała decyzja. –
Pomimo tego, jak bardzo go w tej chwili, jak w sumie w innych też,
nienawidziłam, bardzo przypadł mi do gustu zapach perfum Blossoma, które
były tak cholernie męskie, jak cholernie drogie. Drażniły przyjemnie
moje nozdrza, wprawiając mnie w chciwość. Jason był przesiąknięty
typowym, męskim zapachem, przez co zrozumiałe było, dlaczego tyle
dziewczyn za nim wzdycha. Porcelanowa cera, żadnej skazy, dobrze
wyrzeźbione ciało, piękne, pełne usta, boski uśmiech i...
Matko jedyna, czy ja się zachwycam tym oblechem?
Zganiłam się w myślach,
odganiając ochotę zaciągnięcia się powtórnie jego perfumami, na powrót
przywołując wewnętrzny wstręt do tego osobnika.
Nim się obejrzałam, opuściliśmy mury szkoły, a moje stopy dotknęły chropowatej nawierzchni betonu parkingu przyszkolnego. Dookoła panowała już szarówka, a silnie świecące lampy na parkingu oświetlały nas wokół, odgradzając od ciemniejącego Riverdale. Oszołomiona rozejrzałam się, marszcząc brwi.
Nim się obejrzałam, opuściliśmy mury szkoły, a moje stopy dotknęły chropowatej nawierzchni betonu parkingu przyszkolnego. Dookoła panowała już szarówka, a silnie świecące lampy na parkingu oświetlały nas wokół, odgradzając od ciemniejącego Riverdale. Oszołomiona rozejrzałam się, marszcząc brwi.
Zatrzymałam spojrzenie
na szkarłatnym Audi r8, które wyglądało niczym dopiero przyprowadzone z
salonu. Jason obszedł maszynę dookoła automatycznie ją otwierając. Mój
podziw skierowany w stronę auta, nie umknął uwadze chłopaka, który
zaśmiał się, przystając przy drzwiach kierowcy.
- Będzie ci tak ślinka cieknąć, czy przejedziesz się ze mną tym cudeńkiem?
Uniosłam wzrok, lekko poważniejąc i przejeżdżając językiem po spierzchniętej wardze.
- Przed chwilą na
naszych oczach umarł człowiek, a ty chcesz mnie wyrwać na przejażdżkę
jakimś autem? – Uniosłam prawą brew, krzyżując ręce na piersi. Chłopak
złapał się teatralnie za serce, udając, że upada.
- Czuję się urażony, nie jakimś autem, tylko...
- Wiem co to za auto! – Wywróciłam oczami, wyrzucając ręce w górę. – Jason! Doprowadziliśmy do śmierci człowieka!
Tym razem to Blossom wywrócił oczami.
- Jesteś panikarą,
Folk. Jeden człowiek w tę czy we w tę, co to za różnica? – Uniósł kąciki
ust, opierając się rękoma o auto. Pokręciłam głową, odwracając się na
pięcie.
- Masz nie po kolei w
głowie, świrze. – Zaczęłam powoli odchodzić, czując potrzebę ogarnięcia
wewnętrznej harmonii. Sytuacja powoli mnie przerastała, a ja już miałam
dosyć śmierci na jeden żywot.
- Pamiętaj, że jesteśmy
w tym razem, Claire. Teraz łączy nas jedna tajemnica, więc musimy
trzymać się we dwójkę. – Zatrzymałam się w pół kroku, słysząc za sobą
krzyk chłopaka.
- Przestań mnie od
siebie uzależniać! – Wydarłam się, nie potrafiąc już wytrzymać. – Nie
będę twoim przydupasem, i kolejną laską do przelecenia tylko dlatego, że
to właśnie przez ciebie zginął Kevin!
Rudzielec odbił się od maski, obchodząc auto, i stając po stronie pasażera.
- Nie chcę, byś była
dla mnie jak rzecz, Clay. Chcę po prostu się z tobą zaprzyjaźnić, bo
teraz nas łączy coś więcej niż nic. – Jego głos był spokojny i
opanowany. – Wiesz czemu pamiętam twoje nazwisko?
Uniosłam brwi, delikatnie ściskając dłonie w pięści.
- Bo jako jedyna
potrafisz wytknąć moje wady. Widzisz mnie, a nie kasę, czy popularność. –
Uśmiechnął się nieznacznie, bawiąc się kluczykami.
- Widzę jak na razie aroganckiego dupka, o zawyżonym ego.
Parsknął śmiechem,
powodując, że nawet ja nie potrafiłam być poważna. Zaśmiałam się,
nerwowo kopiąc kamyk leżący pod moimi nogami. Spojrzałam jak kamyk pod
wpływem mojej przyłożonej siły odlatuje poza światło lamp, wpadając w
ciemność.
- Dasz mi szansę,
Claire? – Jego głos był przepełniony, wręcz przelewający się skruchą,
która albo była świetnie wyćwiczona, albo ewentualnie prawdziwa.
Westchnęłam przeciągle, przetwarzając jakie mogę mieć konsekwencje tej
decyzji. Teoretycznie nie mam nic do stracenia.
Moje życie i tak jest wystarczająco nudne.
Zebrałam się w sobie, nawiązując z nim kontakt wzrokowy.
- Niech ci będzie, Blossom.
***
Szkarłatna maszyna
zatrzymała się pod moim domem, wściekle oświetlając jezdnię pobocza.
Jason zgasił auto, nieznacznie wzdychając i rozsiadając się wygodniej na
siedzeniu. W środku domostwa, przez okna od kuchni, sączyło się z
wnętrza nikłe światło starodawnej lampy dziadka. Chyba jednak dzisiaj
mam szczątkowe szczęście.
- Jesteś pewna, że nie
chcesz ze mną iść do Pop's? – Spojrzał na mnie spod przymrużonych,
długich rzęs, unosząc kąciki pełnych ust.
- Jeszcze nie
przeszliśmy na ten etap znajomości, Blossom. – Zaśmiałam się, opierając
głowę o zagłówek. – Wydarzenia z dziś to za dużo jak dla mnie.
Odpięłam pas, wyjmując
telefon z kieszeni bluzy. Moją torbę jak na nieszczęście zostawiłam w
szkole, przez co muszę się modlić, by babcia z dziadkiem zostawili dla
mnie otwarte drzwi.
- Dzięki za podwózkę. – Uśmiechnęłam się, sięgając do drzwi, próbując jak najszybciej zwiać, żeby skończyć ten szalony dzień.
- Claire? – Głos
chłopaka zatrzymał mnie na moment, sprawiając, że odwróciłam głowę w
jego stronę, dając mu znak by kontynuował. – Czemu nie przeraził cię
widok martwego ciała? Inni normalnie by krzyczeli ze strachu.
Przełknęłam ciężko ślinę, decydując się, czy mogę mu zaufać na tyle, by podać prawidłową odpowiedź.
- Siedzę w takich tematach, nic nowego. – Posłałam mu sztuczny uśmiech, wymijająco. Jednak chłopak nie dał zbić się z tropu.
- Nie kłam. Nie
powinniśmy mieć tajemnic przed sobą. – Jason był śmiertelnie poważny
mówiąc te słowa, a mnie najchętniej zachciało się śmiać.
- Nie wiąże nas pakt an...
- Folk. – Przerwał mi,
naciskając na odpowiedź. Wywróciłam oczami, zbierając się aby
wypowiedzieć się krótko i zwięźle. Spojrzałam na ulicę, pogrążoną w
mroku, wypuszczając głośno powietrze.
- Jakiś czas temu,
ważne mi osoby zginęły w wypadku. Widziałam ich ciała... na miejscu. Od
tego momentu nic mnie nie przeraża. – Zagryzłam wargę, hamując
wspomnienia tamtej felernej chwili, przecierając zbierające się w
kącikach oczu łzy, po czym nie spotykając się z odpowiedzią chłopaka,
którego najzwyklej wmurowało, szybko otworzyłam drzwi, opuszczając auto.
– Do jutra, Jason.
Nie oglądając się,
przebiegłam przez trawnik, wbiegając pospiesznie na werandę, wchodząc do
środka i zatrzaskując za sobą drzwi. Odetchnęłam, pozwalając, aby
opuściły mnie wszystkie emocje. Wyjrzałam dyskretnie przez małą szybkę z
boku drzwi, słysząc, jak auto Blossoma powoli opuszcza miejsce przed
moim domem. Włożyłam telefon do tylnej kieszeni, ruszając holem w stronę
kuchni, mijając salon, w którym przy włączonym telewizorze, spali na
fotelach moi dziadkowie. Uśmiechnęłam się pod nosem, podchodząc do
kanapy, zgarniając z niej koce utkane przez babcię. Okryłam oboje, nie
przerywając ich błogiego snu. Skierowałam się do kuchni, zapalając jedną
z najciemniej świecących lampek. Zrzuciłam z ramion bluzę, powoli
podchodząc do lodówki, otwierając ją i lustrując zawartość.
Zlokalizowałam butelkę ulubionego soku i jogurt, więc sięgnęłam po nie,
wyjmując je z lodówki i przenosząc na blat.
- Czyje było to drogie
auto pod domem? – Podskoczyłam na dźwięk męskiego głosu, który rozszedł
się po kuchni. Odwróciłam się w stronę roześmianej twarzy właściciela.
- Terry, jak następnym
razem będziesz chciał zrobić mi przesłuchanie, to uprzedź. – Złapałam
się za serce, które dosyć szybko biło, aż dziw, że nie dostałam dziś
zawału po takiej dawce adrenaliny. – To był... znajomy.
- Znajomy? – Chłopak uniósł brwi, w geście zdziwienia. – Od kiedy trzymasz się z Blossomami?
- Nie trzymam się z
Blossomami. – Wywróciłam oczami, otwierając jogurt i sięgając do
szuflady po łyżeczkę. – Nigdy nawet nie miałam zamiaru.
- Jesteś tego pewna?
Odniosłem inne wrażenie. – Terry skrzyżował ręce na klatce, opierając
się tyłkiem o blat. Spojrzałam na niego zmęczonym wzrokiem, wzdychając.
Brunet przewyższał mnie wzrostem o dwie głowy, a rozmiarem nawet nie
porównuje. Od dwóch lat ćwiczył jak szalony, zmieniając się z cherlawego
dzieciaka, w napakowaną górę mięśni.
- Nie jesteś moją
matką, Terry. – Rzuciłam mu smutne spojrzenie, rozumiejąc co właśnie
powiedziałam. Zachowanie chłopaka zmieniło się w oka mgnieniu.
- Nikt nie może nią
być, Claire. – Jego wzrok stał się bardziej natarczywy i onieśmielający.
– Ale teraz też ja się tobą zajmuję.
- Masz dopiero
dwadzieścia trzy lata, studiujesz, jesteś jedynie niewiele starszy ode
mnie, zadawać się mogę z kim mi się żywnie podoba, a zająć się potrafię
sobą sama, jak z resztą robiłam to przez minione dwa lata, więc możesz
sobie dać siana. – Fuknęłam wściekle, zabierając z blatu wzięte z
lodówki rzeczy, kierując się do wyjścia z kuchni.
- Pamiętaj Claire, z
Blossomami nie wiąże się jedynie dobry wygląd. – Rzucił do mnie,
zatrzymując mnie w pół kroku. – Wiążą się też tajemnice.
Nic nie odpowiedziałam, pospiesznie idąc w stronę schodów, aby zniknąć w zaciszu swojego pokoju.
***
Dobre godziny oglądałam seriale, opychając się niezdrowym jedzeniem, i czerpiąc z tego okropną radość. Jednak wewnętrznie, ciążyło mi na sercu, ile mogę przybrać przez to kilogramów, dlatego niechętnie odrzuciłam laptop, zrzucając na podłogę paczkę po chipsach. Wstałam, podchodząc do stojącego w kącie pokoju lutra. Od przyjścia, zmieniłam ubrania na krótkie spodenki, i luźny tank top. Spojrzałam na siebie z niechęcią w oczach, widząc jak spod spodenek wylewa się mój cellulit. Skrzywiłam się, unosząc koszulkę i widząc wydęty od nadmiaru słodyczy brzuch. W tym momencie mięśnie się na nim kompletnie nie rysowały, a ja wyglądałam jakbym była w ciąży. Na szczęście jedynie spożywczej. Pokręciłam głową, opuszczając koszulkę. Przelotnie rzuciłam spojrzenie w stronę okna, wychodzącego na ulicę, jednak moją uwagę zwróciło nikłe, sądzące się światło, z domu naprzeciw. A dokładnie z pokoju naprzeciwko mojego. Dom stał opuszczony od co najmniej sześciu lat, gdy po przypadkowej śmierci syna, reszta rodziny opuściła Riverdale w popłochu. Teraz, podjazd zajmowało nie zauważone przeze mnie wcześniej auto, a dokładnie Maserati GranTurismo, swoją drogą typowe auto dla fuckboyów, które dumnie straszyło swoją lśniącą, srebrną karoserią. Zdecydowanie nie byli to biedni ludzie. Wcześniej, pokój w prostej linii do mojego, zajęty był przez chłopaka, którego zamordowano. Przebywając tu, przyjeżdżając do dziadków na wakacje, zaprzyjaźniłam się z nim, był sympatyczny, miły, pomocny i postrzegający świat w dosyć artystyczny sposób. Kiedyś nawet sprezentował mi jedną ze swoim prac malarskich, przedstawiających pejzaż rzeki w Riverdale. Jednak gdy on zniknął, jego obraz schowałam, nie chcąc abym za każdym razem, gdy bym na niego spojrzała, kojarzyło mi się z chłopakiem, który już nigdy nie obdarzy mnie swoim promiennym i zaraźliwym uśmiechem, ani nie pocieszy, gdy pokłócę się z rodzicami. Minione lata zmieniły nas wszystkich. Było ciężko, trudno pozbierać się po wszystkim do teraz. Rodzice Logana zażegnali smutek po jedynym dziecku, wyjeżdżając do dużego miasta, a natomiast ja, po stracie bliskich osób, wróciłam do miejsca, które najbardziej z nimi mi się kojarzy. Nieświadomie wpatrywałam się intensywnie w okno pokoju nowego mieszkańca, po chwili zauważając w środku ruch. Postać zaczęła wyłaniać się z ciemnych czeluści pokoju, jednak ja nie zdążyłam nic zauważyć, bo schowałam się za zasłoną, zakradając się do łazienki. Po drodze zgarnęłam z szafki piżamę w postaci bokserek i za dużej na mnie koszulki kuzyna z logiem Imagine Dragons, którą mu podkradłam parę miesięcy wstecz. Poczłapałam do łazienki, która przystawała do mojego pokoju. Zapaliłam światło, rzucając zabrane rzeczy na półkę przy umywalce. Zrzuciłam z siebie ze zmęczeniem koszulkę, spodnie oraz bieliznę, bez spoglądania w lustro wchodząc pod prysznic. Ze szczęściem poczułam jak ciepła woda otula moje wyssane z energii ciało, odprężając mnie stuprocentowo. Pochyliłam się po mój ulubiony płyn do ciała, otwierając go i polewając lekko skórę. Zaczęłam wcierać go w ciało, sprawiając, że lekko zaczął się pienić. Nuciłam mój ostatnio ulubiony utwór, zmywając płyn z ciała i mocząc wodą dokładnie włosy. Zaczęłam nakładać na nie szampon, gdy usłyszałam ciche skrzypnięcie. Początkowo to zignorowałam, dokładnie pieniąc płyn po każdą końcówkę. Jednak ponownie usłyszałam czyjąś obecność. Towarzyszył mu ruch po mojej lewej stronie. Przełknęłam ślinę, pospiesznie zmywając szampon z włosów. Zganiłam się, przypominając sobie, że nie zamknęłam drzwi na klucz, myśląc, że jest już za późno by ktokolwiek mógł mi wparować do łazienki. Zakręciłam kurek z wodą, wyzymując wodę z włosów, przy okazji nasłuchując. Jakiegokolwiek najmniejszego dźwięku, który może mi dać znać czy faktycznie napastnik wciąż tam przebywa. Odpowiedziała mi niezachwiana cisza, dlatego zebrałam się na odwagę, żeby się odwrócić i odsunąć mleczną szybę. Jednak w łazience nie było nikogo. Byłam jedynie ja. Zmarszczyłam brwi, wychodząc spod prysznica, otulając się szczelnie ręcznikiem i dojrzałam lekko uchylone drzwi. Przełknęłam ślinę, mocniej łapiąc się ręcznika, szczelnie przylegającego do mojego ciała, i powolnym krokiem ruszyłam do wyjścia. Skapywała ze mnie woda, tworząc za mną dróżkę z kropel. Rozejrzałam się po łazience, biorąc z półki skórzany pasek od spodni. Czemu akurat pasek? Uderzenie rozpędzonym metalowym elementem w dłonie, twarz lub inne odkryte i czułe miejsca na ciele, potrafi zaskoczyć napastnika, a potencjalnej ofierze - jaką w tej chwili jestem ja - dać czas na reakcję – atak lub ucieczkę. Nic innego nie mogłam wykorzystać, ale chociaż w ten sposób się obronię. Niepewnym krokiem przeszłam przez próg, rozglądając się ze strachem na boki. Pomimo mocno przyciemnionego pokoju rozróżniałam każdy element, dostrzegając, że pokój jest pusty. Jednak moje spojrzenie uwisło na otwartym oknie. Zadrżałam, podbiegając do niego i z maksymalną szybkością je zatrzasnęłam. Odetchnęłam, taksując wzrokiem trawnik przed domem. Był kompletnie pusty. Uniosłam wzrok do okna po przeciwnej stronie ulicy. Tym razem, na balkonie przylegającym do pokoju, stał muskularnej postury chłopak, o ciemnych, postawionych do góry włosach oraz śniadym odcieniu skóry, który świetnie kontrastował z jego pokaźnymi tatuażami, które wiły się, wylewając spod rękawów koszulki. Mój nowy sąsiad palił papierosa, przeglądając coś w telefonie, maksymalnie skupiony. Patrząc z tej odległości mogłam przyznać, że chłopak jest cholernie przystojny. Miał na sobie mocno opinającą tors czarną koszulkę oraz czarne dresy. Westchnęłam nieświadomie, stojąc jak wryta do momentu, aż wyrzucając niedopałek po papierosie, uniósł wzrok, dostrzegając mnie w oknie. Uśmiechnął się, machając mi, natomiast ja z przerażeniem wciągnęłam powietrze, odskakując od okna i zanurzając się w czeluściach ciemnego pokoju. Wróciłam pospiesznie do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je tym razem na klucz. Oparłam się o zimną nawierzchnię drewna, ledwo stojąc na nogach. W tym momencie zachowałam się jak idiotka, a on weźmie mnie za aspołeczną, strachliwą istotę. Choć chwila. Przecież jestem aspołeczną istotą, bez grama rozeznania w ludzkich, bezwarunkowo przyjaznych gestach. W minionych latach poznałam psychikę ludzką na poziomie negatywnym, cały czas czując się odtrącona od społeczeństwa. Dlatego też tak przyjmuję życie szkolne i panujące tam zasady. Trzymać się z dala od osób pokroju Reggiego, Jasona oraz Cheryl. Albo inaczej.
Trzymać się z daleka od wszystkich wokół.
W końcu skąd wiadomo, kto nas skrzywdzi, doszczętnie niszcząc jedyny zalążek nadziei w ludzkość, kiełkujący w człowieku.
Dobre godziny oglądałam seriale, opychając się niezdrowym jedzeniem, i czerpiąc z tego okropną radość. Jednak wewnętrznie, ciążyło mi na sercu, ile mogę przybrać przez to kilogramów, dlatego niechętnie odrzuciłam laptop, zrzucając na podłogę paczkę po chipsach. Wstałam, podchodząc do stojącego w kącie pokoju lutra. Od przyjścia, zmieniłam ubrania na krótkie spodenki, i luźny tank top. Spojrzałam na siebie z niechęcią w oczach, widząc jak spod spodenek wylewa się mój cellulit. Skrzywiłam się, unosząc koszulkę i widząc wydęty od nadmiaru słodyczy brzuch. W tym momencie mięśnie się na nim kompletnie nie rysowały, a ja wyglądałam jakbym była w ciąży. Na szczęście jedynie spożywczej. Pokręciłam głową, opuszczając koszulkę. Przelotnie rzuciłam spojrzenie w stronę okna, wychodzącego na ulicę, jednak moją uwagę zwróciło nikłe, sądzące się światło, z domu naprzeciw. A dokładnie z pokoju naprzeciwko mojego. Dom stał opuszczony od co najmniej sześciu lat, gdy po przypadkowej śmierci syna, reszta rodziny opuściła Riverdale w popłochu. Teraz, podjazd zajmowało nie zauważone przeze mnie wcześniej auto, a dokładnie Maserati GranTurismo, swoją drogą typowe auto dla fuckboyów, które dumnie straszyło swoją lśniącą, srebrną karoserią. Zdecydowanie nie byli to biedni ludzie. Wcześniej, pokój w prostej linii do mojego, zajęty był przez chłopaka, którego zamordowano. Przebywając tu, przyjeżdżając do dziadków na wakacje, zaprzyjaźniłam się z nim, był sympatyczny, miły, pomocny i postrzegający świat w dosyć artystyczny sposób. Kiedyś nawet sprezentował mi jedną ze swoim prac malarskich, przedstawiających pejzaż rzeki w Riverdale. Jednak gdy on zniknął, jego obraz schowałam, nie chcąc abym za każdym razem, gdy bym na niego spojrzała, kojarzyło mi się z chłopakiem, który już nigdy nie obdarzy mnie swoim promiennym i zaraźliwym uśmiechem, ani nie pocieszy, gdy pokłócę się z rodzicami. Minione lata zmieniły nas wszystkich. Było ciężko, trudno pozbierać się po wszystkim do teraz. Rodzice Logana zażegnali smutek po jedynym dziecku, wyjeżdżając do dużego miasta, a natomiast ja, po stracie bliskich osób, wróciłam do miejsca, które najbardziej z nimi mi się kojarzy. Nieświadomie wpatrywałam się intensywnie w okno pokoju nowego mieszkańca, po chwili zauważając w środku ruch. Postać zaczęła wyłaniać się z ciemnych czeluści pokoju, jednak ja nie zdążyłam nic zauważyć, bo schowałam się za zasłoną, zakradając się do łazienki. Po drodze zgarnęłam z szafki piżamę w postaci bokserek i za dużej na mnie koszulki kuzyna z logiem Imagine Dragons, którą mu podkradłam parę miesięcy wstecz. Poczłapałam do łazienki, która przystawała do mojego pokoju. Zapaliłam światło, rzucając zabrane rzeczy na półkę przy umywalce. Zrzuciłam z siebie ze zmęczeniem koszulkę, spodnie oraz bieliznę, bez spoglądania w lustro wchodząc pod prysznic. Ze szczęściem poczułam jak ciepła woda otula moje wyssane z energii ciało, odprężając mnie stuprocentowo. Pochyliłam się po mój ulubiony płyn do ciała, otwierając go i polewając lekko skórę. Zaczęłam wcierać go w ciało, sprawiając, że lekko zaczął się pienić. Nuciłam mój ostatnio ulubiony utwór, zmywając płyn z ciała i mocząc wodą dokładnie włosy. Zaczęłam nakładać na nie szampon, gdy usłyszałam ciche skrzypnięcie. Początkowo to zignorowałam, dokładnie pieniąc płyn po każdą końcówkę. Jednak ponownie usłyszałam czyjąś obecność. Towarzyszył mu ruch po mojej lewej stronie. Przełknęłam ślinę, pospiesznie zmywając szampon z włosów. Zganiłam się, przypominając sobie, że nie zamknęłam drzwi na klucz, myśląc, że jest już za późno by ktokolwiek mógł mi wparować do łazienki. Zakręciłam kurek z wodą, wyzymując wodę z włosów, przy okazji nasłuchując. Jakiegokolwiek najmniejszego dźwięku, który może mi dać znać czy faktycznie napastnik wciąż tam przebywa. Odpowiedziała mi niezachwiana cisza, dlatego zebrałam się na odwagę, żeby się odwrócić i odsunąć mleczną szybę. Jednak w łazience nie było nikogo. Byłam jedynie ja. Zmarszczyłam brwi, wychodząc spod prysznica, otulając się szczelnie ręcznikiem i dojrzałam lekko uchylone drzwi. Przełknęłam ślinę, mocniej łapiąc się ręcznika, szczelnie przylegającego do mojego ciała, i powolnym krokiem ruszyłam do wyjścia. Skapywała ze mnie woda, tworząc za mną dróżkę z kropel. Rozejrzałam się po łazience, biorąc z półki skórzany pasek od spodni. Czemu akurat pasek? Uderzenie rozpędzonym metalowym elementem w dłonie, twarz lub inne odkryte i czułe miejsca na ciele, potrafi zaskoczyć napastnika, a potencjalnej ofierze - jaką w tej chwili jestem ja - dać czas na reakcję – atak lub ucieczkę. Nic innego nie mogłam wykorzystać, ale chociaż w ten sposób się obronię. Niepewnym krokiem przeszłam przez próg, rozglądając się ze strachem na boki. Pomimo mocno przyciemnionego pokoju rozróżniałam każdy element, dostrzegając, że pokój jest pusty. Jednak moje spojrzenie uwisło na otwartym oknie. Zadrżałam, podbiegając do niego i z maksymalną szybkością je zatrzasnęłam. Odetchnęłam, taksując wzrokiem trawnik przed domem. Był kompletnie pusty. Uniosłam wzrok do okna po przeciwnej stronie ulicy. Tym razem, na balkonie przylegającym do pokoju, stał muskularnej postury chłopak, o ciemnych, postawionych do góry włosach oraz śniadym odcieniu skóry, który świetnie kontrastował z jego pokaźnymi tatuażami, które wiły się, wylewając spod rękawów koszulki. Mój nowy sąsiad palił papierosa, przeglądając coś w telefonie, maksymalnie skupiony. Patrząc z tej odległości mogłam przyznać, że chłopak jest cholernie przystojny. Miał na sobie mocno opinającą tors czarną koszulkę oraz czarne dresy. Westchnęłam nieświadomie, stojąc jak wryta do momentu, aż wyrzucając niedopałek po papierosie, uniósł wzrok, dostrzegając mnie w oknie. Uśmiechnął się, machając mi, natomiast ja z przerażeniem wciągnęłam powietrze, odskakując od okna i zanurzając się w czeluściach ciemnego pokoju. Wróciłam pospiesznie do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je tym razem na klucz. Oparłam się o zimną nawierzchnię drewna, ledwo stojąc na nogach. W tym momencie zachowałam się jak idiotka, a on weźmie mnie za aspołeczną, strachliwą istotę. Choć chwila. Przecież jestem aspołeczną istotą, bez grama rozeznania w ludzkich, bezwarunkowo przyjaznych gestach. W minionych latach poznałam psychikę ludzką na poziomie negatywnym, cały czas czując się odtrącona od społeczeństwa. Dlatego też tak przyjmuję życie szkolne i panujące tam zasady. Trzymać się z dala od osób pokroju Reggiego, Jasona oraz Cheryl. Albo inaczej.
Trzymać się z daleka od wszystkich wokół.
W końcu skąd wiadomo, kto nas skrzywdzi, doszczętnie niszcząc jedyny zalążek nadziei w ludzkość, kiełkujący w człowieku.
***
Z bólem w oczach wysiadałam z autobusu szkolnego, obserwując mury szkoły. To tam wczoraj zginął Kevin, a dzisiaj odnajdą go uczniowie. O ile już nie odnaleźli. Jednak miałam wewnętrzny niepokój. Wszystko było zbyt spokojne, błogie i jak z typowego amerykańskiego filmu. Tak jakby wydarzenia dnia wczorajszego nie miały miejsca, a mnie wszystko się przewidziało. Westchnęłam, wchodząc po schodach, przemierzając chodnik przyszkolny. Wchodząc do budynku, zsunęłam kaptur z głowy, wyciągając słuchawki z uszu. Jednak gdy tylko moje nogi przekroczyły próg szkoły, spotkałam się z nienawistnymi spojrzeniami. Przemierzyłam korytarz, zdezorientowana patrząc po twarzach innych, podczas gdy oni szeptali między sobą, kręcąc na mój widok głowami. Zastanawiałam się o co chodzi, jednak nie próbowałam żadnego z nich spytać. Dobrnęłam do swojej szafki, wciąż czując na sobie nacisk spojrzeń innych. Nim zdążyłam wpisać kod, usłyszałam przeciągłe trzaśnięcie w szafkę obok, przez co przestraszona podskoczyłam. Spojrzałam na sprawcę tego rumoru, spotykając się ze spojrzeniem pociemniałych ze złości oczu Betty Cooper.
Z bólem w oczach wysiadałam z autobusu szkolnego, obserwując mury szkoły. To tam wczoraj zginął Kevin, a dzisiaj odnajdą go uczniowie. O ile już nie odnaleźli. Jednak miałam wewnętrzny niepokój. Wszystko było zbyt spokojne, błogie i jak z typowego amerykańskiego filmu. Tak jakby wydarzenia dnia wczorajszego nie miały miejsca, a mnie wszystko się przewidziało. Westchnęłam, wchodząc po schodach, przemierzając chodnik przyszkolny. Wchodząc do budynku, zsunęłam kaptur z głowy, wyciągając słuchawki z uszu. Jednak gdy tylko moje nogi przekroczyły próg szkoły, spotkałam się z nienawistnymi spojrzeniami. Przemierzyłam korytarz, zdezorientowana patrząc po twarzach innych, podczas gdy oni szeptali między sobą, kręcąc na mój widok głowami. Zastanawiałam się o co chodzi, jednak nie próbowałam żadnego z nich spytać. Dobrnęłam do swojej szafki, wciąż czując na sobie nacisk spojrzeń innych. Nim zdążyłam wpisać kod, usłyszałam przeciągłe trzaśnięcie w szafkę obok, przez co przestraszona podskoczyłam. Spojrzałam na sprawcę tego rumoru, spotykając się ze spojrzeniem pociemniałych ze złości oczu Betty Cooper.
- Jak mogłaś! – Ryknęła, wyrzucając ręce w górę. – Jakim prawem napisałaś na nas takie oszczerstwa!
Zmarszczyłam brwi, starając się zrozumieć o czym mówi blondynka.
- Chwila, to jakieś nieporozumienie, Betts...
- Żartujesz sobie? –
Zamachnęła się przed moim nosem nowym wydaniem Blue and Gold –
Powierzyłam ci zajęcie się wydrukiem nowych numerów, a ty oczywiście
musiałaś pominąć doping dla drużyny futbolowej, wciskając tam swoje
przemyślenia na temat mnie oraz moich przyjaciół!
Strach rósł w moich
oczach, gdy otworzyłam gazetkę, a zamiast artykułu, który wysłałam do
druku, znalazła się kserówka moich notatek, które wcześniej pisałam pod
wpływem złości, tych samych, które wyrzuciłam dnia poprzedniego do
kosza.
- To twoje pismo,
Claire, prawda? – Spojrzała na mnie z wyczekiwaniem, a może i nadzieją w
oczach. Przełknęłam ślinę, kiwając nieznacznie głową. Kolejny wybuch
blondynki zabolał jeszcze bardziej, zabierając mi jakiekolwiek siły do
życia.
- Zawiodłam się na
tobie, Clay. Zostajesz usunięta z Blue and Gold. Możesz zabrać swoje
rzeczy z biura. – Ze zrezygnowaniem pokręciła głową, rzucając mi
ostatnie spojrzenie, aby we wrzawie szeptów odejść, podczas gdy wokół
zebrał się mały tłumek gapiów.
Wyłapałam wśród nich
zdezorientowany wzrok Jasona, który wyglądał, jakby również rzucał na
mnie oskarżeniami. Przygryzłam mocno dolną wargę, zaciskając ją mocniej
niż przypuszczałam, po chwili wyczuwając w ustach metaliczny smak.
Stałam tam, niczym zmrożona, widząc tych wszystkich ludzi, którzy mnie w
tej chwili wręcz nienawidzili. Nagle z tłumu wypadła osoba, którą
kolejny raz w ciągu paru godzin widzę na oczy. Chłopak przepchnął się
pomiędzy ludźmi, stając w kręgu pomiędzy mną, a nimi.
- Dobra, koniec
przedstawienia, możecie spływać. – Palący ubiegłej nocy na balkonie
papierosa, którego widok wręcz odebrał mi dech, rozgonił ludzi, próbując
w jakimś stopniu mi pomóc. Byłam zbytnio oszołomiona by jakkolwiek się
odezwać. Zareagowałam dopiero gdy otoczył mnie ramieniem, wyprowadzając
przed szkołę. Odzyskałam świadomość, wyrywając się.
- Co ty robisz? – Warknęłam, otulając się ramionami, gdy jego chłodny wzrok zwrócił się w moją stronę.
- Może jakieś dziękuje
się należy? – Odparł prześmiewczo, pochylając się w moją stronę. –
Jestem Kyle. Ty zapewne jesteś Claire.
- Skąd mnie znasz? – Zmrużyłam oczy, czując się onieśmielona.
- Raczej trudno nie
znać osoby, która ubiegłej nocy dosyć intensywnie mnie obserwowała. –
Zaśmiał się, wkładając dłonie do kieszeni. Jego głos był cholernie
pociągający i męski. Działał niczym hipnoza. Jego tatuaże owijały ciało
niczym zawierająca historię powłoka, fascynowały. Złapałam się na
ponownym przyglądaniu jego osobie.
- Zdawało ci się. – Wzruszyłam ramionami, udając obojętność.
- Nie przejmuj ich
oskarżeniami. – Uniósł wzrok, nawiązując pomiędzy nami kontakt. Jego
spojrzenie było władcze i przytłaczające człowieka niewidzialnym głazem.
Parsknęłam.
- Nie znasz mnie. – Pokręciłam głową, przestępując z nogi na nogę.
- Potrafię rozszyfrować człowieka. – Głos miał śmiertelnie poważny i przenikliwy.
- Najwidoczniej...
- Czy się mylę? – Zapytał, przerywając mn. – Jesteś wredną suką, która pogrąża swoich pseudo znajomych?
Uniosłam brwi, kamieniejąc.
- Tak myślałem. – Zaśmiał się powtórnie, kopiąc zbłąkany kamień, który leżał obok jego nogi.
- Jesteś zbyt pewny siebie. – Odparłam rzeczowo, zakładając ręce na piersi.
- A ty za mało pewna siebie. – Prychnął, kręcąc głową. – Coś nas chyba jednak łączy.
- Prócz jednej ulicy? Kompletnie nic. – Ukróciłam, zagryzając policzek od środka.
- Do zobaczenia, Claire. – Uśmiechnął się, nie odpowiadając na zaczepkę, odwracając na pięcie i odchodząc.
Zostawił mnie samą na środku chodnika.