O mnie

O mnie

breaking news

Witam, fakt, że ta oto strona została otworzona w twojej przeglądarce, świadczy o tym, że interesuje cię moja twórczość!

Po całą zawartość tego bloga zapraszam do zakładek;
każda jest podpisana tytułem danego opowiadania, a tam, cały czas zostają aktualizowane informacje o wstawionych rozdziałach.

Miłego Czytania! x

czwartek, 5 lipca 2018

DV; [2] wiele wspólnego

  Syn szeryfa, leżał niczym szmaciana lalka, a życie uchodziło z niego z chwili na chwilę, dlatego rzuciłam się do przodu, chcąc jakoś utrzymać go przy życiu, dopóki nie przyjedzie pogotowie. Poczułam jednak silny odrzut w tył, który posłał mnie na przeciwną szafkę, w drugim rzędzie, z głuchym hukiem. Uderzenie odebrało mi chwilowo dech w piersiach, dlatego złapałam się powierzchni metalu, próbując nie upaść. Spojrzałam na rudowłosego szeroko otwartymi oczami.
- Jason! Do końca odebrało ci rozum? Kevin nadal żyje! – Krzyknęłam zachrypniętym głosem, usiłując złapać oddech. Wzrok Blossoma był nieugięty, beznamiętny.
- On i tak umrze. – Jego głos był złowieszczy, pozbawiony emocji. Przeczesał dłonią włosy, chodząc od ściany do ściany, nad ciałem Kellera. – Nie uratujemy go, a możemy jedynie nabryzgać sobie w papierach.
- Żartujesz sobie, Blossom – Parsknęłam, czekając aż chłopak wreszcie przestanie udawać takiego poważnego, jednak jego mina była niezmienna. Przełknęłam ślinę, obserwując jego nerwowy chód. – Powiedz, że żartujesz.
Chłopak nagle przystanął, tuż przede mną, stając ze mną twarzą w twarz.
- Chcesz iść na dziennikarstwo, Folk, nieprawdaż? – Głos miał oziębły. – A ja chcę zająć dobry college, a bez stypendium, nici z tego. Myślisz, że przyjmą takich, którzy są podejrzanymi o morderstwo syna szeryfa? Może żyjesz w przekonaniu, że szeryf da nam spokój, twierdząc, że próbowaliśmy go ratować? Obudź się, Claire. W oczach innych będziemy mordercami.
- A skąd mam pewność, że to nie ty go zabiłeś? – Szepnęłam, drżącym głosem, powoli bojąc się jego reakcji. – Uciekałeś od strony miejsca gdzie go zamordowano.
Jason parsknął śmiechem, kręcąc głową, i się cofając.
- W chwili zabójstwa byłem z tobą, Folk. – W jego tonie kryło się rozbawienie. – Jakbyś nie zauważyła, niedługo mistrzostwa, muszę ćwiczyć, żeby wygrać.
- Nie znam cię, Blossom. – Moje serce przyspieszyło, a oddech ugrzązł w gardle. – Nie wiem kim naprawdę jesteś, ani do czego jesteś zdolny.
- Powiadasz, że mnie nie znasz? – Ponownie się zbliżył, naruszając moją przestrzeń osobistą. – To czas się poznać.
Nim zdążyłam zareagować, Jason złapał mnie za biodra, bez problemu unosząc, i przerzucając przez ramię. Zaczęłam się szamotać, i okładać jego plecy pięściami.
- Puść mnie, palancie! Zadzwonię na policję! – Krzyczałam jak opętana, próbując się wyrwać. Chłopak ruszył ku wyjściu z szatni, nie przejmując się wykrwawionym Kevinem, leżącym w kałuży krwi dwie szafki dalej. Rudzielcowi wrócił dobry humor, niosąc mnie jak worek ziemniaków.
- Siedzimy w tym razem, awanturnico. – Zaśmiał się, delikatnie i bez problemu mną podrzucając. – Zatopisz mnie, to spadniesz razem ze mną na dno.
- Mało mnie to obchodzi! – Siły powoli mnie opuszczały, gdy mijaliśmy szafki oraz drzwi do hali.
– Wolę wylądować w więzieniu niż siedzieć tu z tobą!
- Uuu, śmiała decyzja. – Pomimo tego, jak bardzo go w tej chwili, jak w sumie w innych też, nienawidziłam, bardzo przypadł mi do gustu zapach perfum Blossoma, które były tak cholernie męskie, jak cholernie drogie. Drażniły przyjemnie moje nozdrza, wprawiając mnie w chciwość. Jason był przesiąknięty typowym, męskim zapachem, przez co zrozumiałe było, dlaczego tyle dziewczyn za nim wzdycha. Porcelanowa cera, żadnej skazy, dobrze wyrzeźbione ciało, piękne, pełne usta, boski uśmiech i...
Matko jedyna, czy ja się zachwycam tym oblechem?
Zganiłam się w myślach, odganiając ochotę zaciągnięcia się powtórnie jego perfumami, na powrót przywołując wewnętrzny wstręt do tego osobnika.
Nim się obejrzałam, opuściliśmy mury szkoły, a moje stopy dotknęły chropowatej nawierzchni betonu parkingu przyszkolnego. Dookoła panowała już szarówka, a silnie świecące lampy na parkingu oświetlały nas wokół, odgradzając od ciemniejącego Riverdale. Oszołomiona rozejrzałam się, marszcząc brwi.
Zatrzymałam spojrzenie na szkarłatnym Audi r8, które wyglądało niczym dopiero przyprowadzone z salonu. Jason obszedł maszynę dookoła automatycznie ją otwierając. Mój podziw skierowany w stronę auta, nie umknął uwadze chłopaka, który zaśmiał się, przystając przy drzwiach kierowcy.
- Będzie ci tak ślinka cieknąć, czy przejedziesz się ze mną tym cudeńkiem?
Uniosłam wzrok, lekko poważniejąc i przejeżdżając językiem po spierzchniętej wardze.
- Przed chwilą na naszych oczach umarł człowiek, a ty chcesz mnie wyrwać na przejażdżkę jakimś autem? – Uniosłam prawą brew, krzyżując ręce na piersi. Chłopak złapał się teatralnie za serce, udając, że upada.
- Czuję się urażony, nie jakimś autem, tylko...
- Wiem co to za auto! – Wywróciłam oczami, wyrzucając ręce w górę. – Jason! Doprowadziliśmy do śmierci człowieka!
Tym razem to Blossom wywrócił oczami.
- Jesteś panikarą, Folk. Jeden człowiek w tę czy we w tę, co to za różnica? – Uniósł kąciki ust, opierając się rękoma o auto. Pokręciłam głową, odwracając się na pięcie.
- Masz nie po kolei w głowie, świrze. – Zaczęłam powoli odchodzić, czując potrzebę ogarnięcia wewnętrznej harmonii. Sytuacja powoli mnie przerastała, a ja już miałam dosyć śmierci na jeden żywot.
- Pamiętaj, że jesteśmy w tym razem, Claire. Teraz łączy nas jedna tajemnica, więc musimy trzymać się we dwójkę. – Zatrzymałam się w pół kroku, słysząc za sobą krzyk chłopaka.
- Przestań mnie od siebie uzależniać! – Wydarłam się, nie potrafiąc już wytrzymać. – Nie będę twoim przydupasem, i kolejną laską do przelecenia tylko dlatego, że to właśnie przez ciebie zginął Kevin!
Rudzielec odbił się od maski, obchodząc auto, i stając po stronie pasażera.
- Nie chcę, byś była dla mnie jak rzecz, Clay. Chcę po prostu się z tobą zaprzyjaźnić, bo teraz nas łączy coś więcej niż nic. – Jego głos był spokojny i opanowany. – Wiesz czemu pamiętam twoje nazwisko?
Uniosłam brwi, delikatnie ściskając dłonie w pięści.
- Bo jako jedyna potrafisz wytknąć moje wady. Widzisz mnie, a nie kasę, czy popularność. – Uśmiechnął się nieznacznie, bawiąc się kluczykami.
- Widzę jak na razie aroganckiego dupka, o zawyżonym ego.
Parsknął śmiechem, powodując, że nawet ja nie potrafiłam być poważna. Zaśmiałam się, nerwowo kopiąc kamyk leżący pod moimi nogami. Spojrzałam jak kamyk pod wpływem mojej przyłożonej siły odlatuje poza światło lamp, wpadając w ciemność.
- Dasz mi szansę, Claire? – Jego głos był przepełniony, wręcz przelewający się skruchą, która albo była świetnie wyćwiczona, albo ewentualnie prawdziwa. Westchnęłam przeciągle, przetwarzając jakie mogę mieć konsekwencje tej decyzji. Teoretycznie nie mam nic do stracenia.
Moje życie i tak jest wystarczająco nudne.
Zebrałam się w sobie, nawiązując z nim kontakt wzrokowy.
- Niech ci będzie, Blossom.
***
Szkarłatna maszyna zatrzymała się pod moim domem, wściekle oświetlając jezdnię pobocza. Jason zgasił auto, nieznacznie wzdychając i rozsiadając się wygodniej na siedzeniu. W środku domostwa, przez okna od kuchni, sączyło się z wnętrza nikłe światło starodawnej lampy dziadka. Chyba jednak dzisiaj mam szczątkowe szczęście.
- Jesteś pewna, że nie chcesz ze mną iść do Pop's? – Spojrzał na mnie spod przymrużonych, długich rzęs, unosząc kąciki pełnych ust.
- Jeszcze nie przeszliśmy na ten etap znajomości, Blossom. – Zaśmiałam się, opierając głowę o zagłówek. – Wydarzenia z dziś to za dużo jak dla mnie.
Odpięłam pas, wyjmując telefon z kieszeni bluzy. Moją torbę jak na nieszczęście zostawiłam w szkole, przez co muszę się modlić, by babcia z dziadkiem zostawili dla mnie otwarte drzwi.
- Dzięki za podwózkę. – Uśmiechnęłam się, sięgając do drzwi, próbując jak najszybciej zwiać, żeby skończyć ten szalony dzień.
- Claire? – Głos chłopaka zatrzymał mnie na moment, sprawiając, że odwróciłam głowę w jego stronę, dając mu znak by kontynuował. – Czemu nie przeraził cię widok martwego ciała? Inni normalnie by krzyczeli ze strachu.
Przełknęłam ciężko ślinę, decydując się, czy mogę mu zaufać na tyle, by podać prawidłową odpowiedź.
- Siedzę w takich tematach, nic nowego. – Posłałam mu sztuczny uśmiech, wymijająco. Jednak chłopak nie dał zbić się z tropu.
- Nie kłam. Nie powinniśmy mieć tajemnic przed sobą. – Jason był śmiertelnie poważny mówiąc te słowa, a mnie najchętniej zachciało się śmiać.
- Nie wiąże nas pakt an...
- Folk. – Przerwał mi, naciskając na odpowiedź. Wywróciłam oczami, zbierając się aby wypowiedzieć się krótko i zwięźle. Spojrzałam na ulicę, pogrążoną w mroku, wypuszczając głośno powietrze.
- Jakiś czas temu, ważne mi osoby zginęły w wypadku. Widziałam ich ciała... na miejscu. Od tego momentu nic mnie nie przeraża. – Zagryzłam wargę, hamując wspomnienia tamtej felernej chwili, przecierając zbierające się w kącikach oczu łzy, po czym nie spotykając się z odpowiedzią chłopaka, którego najzwyklej wmurowało, szybko otworzyłam drzwi, opuszczając auto. – Do jutra, Jason.
Nie oglądając się, przebiegłam przez trawnik, wbiegając pospiesznie na werandę, wchodząc do środka i zatrzaskując za sobą drzwi. Odetchnęłam, pozwalając, aby opuściły mnie wszystkie emocje. Wyjrzałam dyskretnie przez małą szybkę z boku drzwi, słysząc, jak auto Blossoma powoli opuszcza miejsce przed moim domem. Włożyłam telefon do tylnej kieszeni, ruszając holem w stronę kuchni, mijając salon, w którym przy włączonym telewizorze, spali na fotelach moi dziadkowie. Uśmiechnęłam się pod nosem, podchodząc do kanapy, zgarniając z niej koce utkane przez babcię. Okryłam oboje, nie przerywając ich błogiego snu. Skierowałam się do kuchni, zapalając jedną z najciemniej świecących lampek. Zrzuciłam z ramion bluzę, powoli podchodząc do lodówki, otwierając ją i lustrując zawartość. Zlokalizowałam butelkę ulubionego soku i jogurt, więc sięgnęłam po nie, wyjmując je z lodówki i przenosząc na blat.
- Czyje było to drogie auto pod domem? – Podskoczyłam na dźwięk męskiego głosu, który rozszedł się po kuchni. Odwróciłam się w stronę roześmianej twarzy właściciela.
- Terry, jak następnym razem będziesz chciał zrobić mi przesłuchanie, to uprzedź. – Złapałam się za serce, które dosyć szybko biło, aż dziw, że nie dostałam dziś zawału po takiej dawce adrenaliny. – To był... znajomy.
- Znajomy? – Chłopak uniósł brwi, w geście zdziwienia. – Od kiedy trzymasz się z Blossomami?
- Nie trzymam się z Blossomami. – Wywróciłam oczami, otwierając jogurt i sięgając do szuflady po łyżeczkę. – Nigdy nawet nie miałam zamiaru.
- Jesteś tego pewna? Odniosłem inne wrażenie. – Terry skrzyżował ręce na klatce, opierając się tyłkiem o blat. Spojrzałam na niego zmęczonym wzrokiem, wzdychając. Brunet przewyższał mnie wzrostem o dwie głowy, a rozmiarem nawet nie porównuje. Od dwóch lat ćwiczył jak szalony, zmieniając się z cherlawego dzieciaka, w napakowaną górę mięśni.
- Nie jesteś moją matką, Terry. – Rzuciłam mu smutne spojrzenie, rozumiejąc co właśnie powiedziałam. Zachowanie chłopaka zmieniło się w oka mgnieniu.
- Nikt nie może nią być, Claire. – Jego wzrok stał się bardziej natarczywy i onieśmielający. – Ale teraz też ja się tobą zajmuję.
- Masz dopiero dwadzieścia trzy lata, studiujesz, jesteś jedynie niewiele starszy ode mnie, zadawać się mogę z kim mi się żywnie podoba, a zająć się potrafię sobą sama, jak z resztą robiłam to przez minione dwa lata, więc możesz sobie dać siana. – Fuknęłam wściekle, zabierając z blatu wzięte z lodówki rzeczy, kierując się do wyjścia z kuchni.
- Pamiętaj Claire, z Blossomami nie wiąże się jedynie dobry wygląd. – Rzucił do mnie, zatrzymując mnie w pół kroku. – Wiążą się też tajemnice.
Nic nie odpowiedziałam, pospiesznie idąc w stronę schodów, aby zniknąć w zaciszu swojego pokoju.
***
Dobre godziny oglądałam seriale, opychając się niezdrowym jedzeniem, i czerpiąc z tego okropną radość. Jednak wewnętrznie, ciążyło mi na sercu, ile mogę przybrać przez to kilogramów, dlatego niechętnie odrzuciłam laptop, zrzucając na podłogę paczkę po chipsach. Wstałam, podchodząc do stojącego w kącie pokoju lutra. Od przyjścia, zmieniłam ubrania na krótkie spodenki, i luźny tank top. Spojrzałam na siebie z niechęcią w oczach, widząc jak spod spodenek wylewa się mój cellulit. Skrzywiłam się, unosząc koszulkę i widząc wydęty od nadmiaru słodyczy brzuch. W tym momencie mięśnie się na nim kompletnie nie rysowały, a ja wyglądałam jakbym była w ciąży. Na szczęście jedynie spożywczej. Pokręciłam głową, opuszczając koszulkę. Przelotnie rzuciłam spojrzenie w stronę okna, wychodzącego na ulicę, jednak moją uwagę zwróciło nikłe, sądzące się światło, z domu naprzeciw. A dokładnie z pokoju naprzeciwko mojego. Dom stał opuszczony od co najmniej sześciu lat, gdy po przypadkowej śmierci syna, reszta rodziny opuściła Riverdale w popłochu. Teraz, podjazd zajmowało nie zauważone przeze mnie wcześniej auto, a dokładnie Maserati GranTurismo, swoją drogą typowe auto dla fuckboyów, które dumnie straszyło swoją lśniącą, srebrną karoserią. Zdecydowanie nie byli to biedni ludzie. Wcześniej, pokój w prostej linii do mojego, zajęty był przez chłopaka, którego zamordowano. Przebywając tu, przyjeżdżając do dziadków na wakacje, zaprzyjaźniłam się z nim, był sympatyczny, miły, pomocny i postrzegający świat w dosyć artystyczny sposób. Kiedyś nawet sprezentował mi jedną ze swoim prac malarskich, przedstawiających pejzaż rzeki w Riverdale. Jednak gdy on zniknął, jego obraz schowałam, nie chcąc abym za każdym razem, gdy bym na niego spojrzała, kojarzyło mi się z chłopakiem, który już nigdy nie obdarzy mnie swoim promiennym i zaraźliwym uśmiechem, ani nie pocieszy, gdy pokłócę się z rodzicami. Minione lata zmieniły nas wszystkich. Było ciężko, trudno pozbierać się po wszystkim do teraz. Rodzice Logana zażegnali smutek po jedynym dziecku, wyjeżdżając do dużego miasta, a natomiast ja, po stracie bliskich osób, wróciłam do miejsca, które najbardziej z nimi mi się kojarzy. Nieświadomie wpatrywałam się intensywnie w okno pokoju nowego mieszkańca, po chwili zauważając w środku ruch. Postać zaczęła wyłaniać się z ciemnych czeluści pokoju, jednak ja nie zdążyłam nic zauważyć, bo schowałam się za zasłoną, zakradając się do łazienki. Po drodze zgarnęłam z szafki piżamę w postaci bokserek i za dużej na mnie koszulki kuzyna z logiem Imagine Dragons, którą mu podkradłam parę miesięcy wstecz.  Poczłapałam do łazienki, która przystawała do mojego pokoju. Zapaliłam światło, rzucając zabrane rzeczy na półkę przy umywalce. Zrzuciłam z siebie ze zmęczeniem koszulkę, spodnie oraz bieliznę, bez spoglądania w lustro wchodząc pod prysznic. Ze szczęściem poczułam jak ciepła woda otula moje wyssane z energii ciało, odprężając mnie stuprocentowo. Pochyliłam się po mój ulubiony płyn do ciała, otwierając go i polewając lekko skórę. Zaczęłam wcierać go w ciało, sprawiając, że lekko zaczął się pienić. Nuciłam mój ostatnio ulubiony utwór, zmywając płyn z ciała i mocząc wodą dokładnie włosy. Zaczęłam nakładać na nie szampon, gdy usłyszałam ciche skrzypnięcie. Początkowo to zignorowałam, dokładnie pieniąc płyn po każdą końcówkę. Jednak ponownie usłyszałam czyjąś obecność. Towarzyszył mu ruch po mojej lewej stronie. Przełknęłam ślinę, pospiesznie zmywając szampon z włosów. Zganiłam się, przypominając sobie, że nie zamknęłam drzwi na klucz, myśląc, że jest już za późno by ktokolwiek mógł mi wparować do łazienki. Zakręciłam kurek z wodą, wyzymując wodę z włosów, przy okazji nasłuchując. Jakiegokolwiek najmniejszego dźwięku, który może mi dać znać czy faktycznie napastnik wciąż tam przebywa. Odpowiedziała mi niezachwiana cisza, dlatego zebrałam się na odwagę, żeby się odwrócić i odsunąć mleczną szybę. Jednak w łazience nie było nikogo. Byłam jedynie ja. Zmarszczyłam brwi, wychodząc spod prysznica, otulając się szczelnie ręcznikiem i dojrzałam lekko uchylone drzwi. Przełknęłam ślinę, mocniej łapiąc się ręcznika, szczelnie przylegającego do mojego ciała, i powolnym krokiem ruszyłam do wyjścia. Skapywała ze mnie woda, tworząc za mną dróżkę z kropel. Rozejrzałam się po łazience, biorąc z półki skórzany pasek od spodni. Czemu akurat pasek? Uderzenie rozpędzonym metalowym elementem w dłonie, twarz lub inne odkryte i czułe miejsca na ciele, potrafi zaskoczyć napastnika, a potencjalnej ofierze -  jaką w tej chwili jestem ja -  dać czas na reakcję – atak lub ucieczkę. Nic innego nie mogłam wykorzystać, ale chociaż w ten sposób się obronię. Niepewnym krokiem przeszłam przez próg, rozglądając się ze strachem na boki. Pomimo mocno przyciemnionego pokoju rozróżniałam każdy element, dostrzegając, że pokój jest pusty. Jednak moje spojrzenie uwisło na otwartym oknie. Zadrżałam, podbiegając do niego i z maksymalną szybkością je zatrzasnęłam. Odetchnęłam, taksując wzrokiem trawnik przed domem. Był kompletnie pusty. Uniosłam wzrok do okna po przeciwnej stronie ulicy. Tym razem, na balkonie przylegającym do pokoju, stał muskularnej postury chłopak, o ciemnych, postawionych do góry włosach oraz śniadym odcieniu skóry, który świetnie kontrastował z jego pokaźnymi tatuażami, które wiły się, wylewając spod rękawów koszulki. Mój nowy sąsiad palił papierosa, przeglądając coś w telefonie, maksymalnie skupiony. Patrząc z tej odległości mogłam przyznać, że chłopak jest cholernie przystojny. Miał na sobie mocno opinającą tors czarną koszulkę oraz czarne dresy. Westchnęłam nieświadomie, stojąc jak wryta do momentu, aż wyrzucając niedopałek po papierosie, uniósł wzrok, dostrzegając mnie w oknie. Uśmiechnął się, machając mi, natomiast ja z przerażeniem wciągnęłam powietrze, odskakując od okna i zanurzając się w czeluściach ciemnego pokoju. Wróciłam pospiesznie do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je tym razem na klucz. Oparłam się o zimną nawierzchnię drewna, ledwo stojąc na nogach. W tym momencie zachowałam się jak idiotka, a on weźmie mnie za aspołeczną, strachliwą istotę. Choć chwila. Przecież jestem aspołeczną istotą, bez grama rozeznania w ludzkich, bezwarunkowo przyjaznych gestach. W minionych latach poznałam psychikę ludzką na poziomie negatywnym, cały czas czując się odtrącona od społeczeństwa. Dlatego też tak przyjmuję życie szkolne i panujące tam zasady. Trzymać się z dala od osób pokroju Reggiego, Jasona oraz Cheryl. Albo inaczej.
Trzymać się z daleka od wszystkich wokół.
W końcu skąd wiadomo, kto nas skrzywdzi, doszczętnie niszcząc jedyny zalążek nadziei w ludzkość, kiełkujący w człowieku.
***
Z bólem w oczach wysiadałam z autobusu szkolnego, obserwując mury szkoły. To tam wczoraj zginął Kevin, a dzisiaj odnajdą go uczniowie. O ile już nie odnaleźli. Jednak miałam wewnętrzny niepokój. Wszystko było zbyt spokojne, błogie i jak z typowego amerykańskiego filmu. Tak jakby wydarzenia dnia wczorajszego nie miały miejsca, a mnie wszystko się przewidziało. Westchnęłam, wchodząc po schodach, przemierzając chodnik przyszkolny. Wchodząc do budynku, zsunęłam kaptur z głowy, wyciągając słuchawki z uszu. Jednak gdy tylko moje nogi przekroczyły próg szkoły, spotkałam się z nienawistnymi spojrzeniami. Przemierzyłam korytarz, zdezorientowana patrząc po twarzach innych, podczas gdy oni szeptali między sobą, kręcąc na mój widok głowami. Zastanawiałam się o co chodzi, jednak nie próbowałam żadnego z nich spytać. Dobrnęłam do swojej szafki, wciąż czując na sobie nacisk spojrzeń innych. Nim zdążyłam wpisać kod, usłyszałam przeciągłe trzaśnięcie w szafkę obok, przez co przestraszona podskoczyłam. Spojrzałam na sprawcę tego rumoru, spotykając się ze spojrzeniem pociemniałych ze złości oczu Betty Cooper.
- Jak mogłaś! – Ryknęła, wyrzucając ręce w górę. – Jakim prawem napisałaś na nas takie oszczerstwa!
Zmarszczyłam brwi, starając się zrozumieć o czym mówi blondynka.
- Chwila, to jakieś nieporozumienie, Betts...
- Żartujesz sobie? – Zamachnęła się przed moim nosem nowym wydaniem Blue and Gold – Powierzyłam ci zajęcie się wydrukiem nowych numerów, a ty oczywiście musiałaś pominąć doping dla drużyny futbolowej, wciskając tam swoje przemyślenia na temat mnie oraz moich przyjaciół!
Strach rósł w moich oczach, gdy otworzyłam gazetkę, a zamiast artykułu, który wysłałam do druku, znalazła się kserówka moich notatek, które wcześniej pisałam pod wpływem złości, tych samych, które wyrzuciłam dnia poprzedniego do kosza.
- To twoje pismo, Claire, prawda? – Spojrzała na mnie z wyczekiwaniem, a może i nadzieją w oczach. Przełknęłam ślinę, kiwając nieznacznie głową. Kolejny wybuch blondynki zabolał jeszcze bardziej, zabierając mi jakiekolwiek siły do życia.
- Zawiodłam się na tobie, Clay. Zostajesz usunięta z Blue and Gold. Możesz zabrać swoje rzeczy z biura. – Ze zrezygnowaniem pokręciła głową, rzucając mi ostatnie spojrzenie, aby we wrzawie szeptów odejść, podczas gdy wokół zebrał się mały tłumek gapiów.
Wyłapałam wśród nich zdezorientowany wzrok Jasona, który wyglądał, jakby również rzucał na mnie oskarżeniami. Przygryzłam mocno dolną wargę, zaciskając ją mocniej niż przypuszczałam, po chwili wyczuwając w ustach metaliczny smak. Stałam tam, niczym zmrożona, widząc tych wszystkich ludzi, którzy mnie w tej chwili wręcz nienawidzili. Nagle z tłumu wypadła osoba, którą kolejny raz w ciągu paru godzin widzę na oczy. Chłopak przepchnął się pomiędzy ludźmi, stając w kręgu pomiędzy mną, a nimi.
- Dobra, koniec przedstawienia, możecie spływać. – Palący ubiegłej nocy na balkonie papierosa, którego widok wręcz odebrał mi dech, rozgonił ludzi, próbując w jakimś stopniu mi pomóc. Byłam zbytnio oszołomiona by jakkolwiek się odezwać. Zareagowałam dopiero gdy otoczył mnie ramieniem, wyprowadzając przed szkołę. Odzyskałam świadomość, wyrywając się.
- Co ty robisz? – Warknęłam, otulając się ramionami, gdy jego chłodny wzrok zwrócił się w moją stronę.
- Może jakieś dziękuje się należy? – Odparł prześmiewczo, pochylając się w moją stronę. – Jestem Kyle. Ty zapewne jesteś Claire.
- Skąd mnie znasz? – Zmrużyłam oczy, czując się onieśmielona.
- Raczej trudno nie znać osoby, która ubiegłej nocy dosyć intensywnie mnie obserwowała. – Zaśmiał się, wkładając dłonie do kieszeni. Jego głos był cholernie pociągający i męski. Działał niczym hipnoza. Jego tatuaże owijały ciało niczym zawierająca historię powłoka, fascynowały. Złapałam się na ponownym przyglądaniu jego osobie.
- Zdawało ci się. – Wzruszyłam ramionami, udając obojętność.
- Nie przejmuj ich oskarżeniami. – Uniósł wzrok, nawiązując pomiędzy nami kontakt. Jego spojrzenie było władcze i przytłaczające człowieka niewidzialnym głazem.
Parsknęłam.
- Nie znasz mnie. – Pokręciłam głową, przestępując z nogi na nogę.
- Potrafię rozszyfrować człowieka. – Głos miał śmiertelnie poważny i przenikliwy.
- Najwidoczniej...
- Czy się mylę? – Zapytał, przerywając mn. – Jesteś wredną suką, która pogrąża swoich pseudo znajomych?
Uniosłam brwi, kamieniejąc.
- Tak myślałem. – Zaśmiał się powtórnie, kopiąc zbłąkany kamień, który leżał obok jego nogi.
- Jesteś zbyt pewny siebie. – Odparłam rzeczowo, zakładając ręce na piersi.
- A ty za mało pewna siebie. – Prychnął, kręcąc głową. – Coś nas chyba jednak łączy.
- Prócz jednej ulicy? Kompletnie nic. – Ukróciłam, zagryzając policzek od środka.
- Do zobaczenia, Claire. – Uśmiechnął się, nie odpowiadając na zaczepkę, odwracając na pięcie i odchodząc.
Zostawił mnie samą na środku chodnika.
0

DV; [1] zejdź z mojej drogi

obsada >klik

- Claire, twoje artykuły są bardzo obiecujące, jednakże nie mogę ich opublikować... - Odparła Alice Cooper, redaktorka miejscowego szmatławca. Wywróciłam oczami, słysząc już kolejny raz tę samą śpiewkę. Zgarnęłam pospiesznie materiały z biurka, kiwając głową.
- Rozumiem, niewystarczające - Mruknęłam, szybko wstając i opuszczając pokój z zaciśniętymi pięściami. Wybiegłam z budynku redakcji, kierując się pospiesznie w stronę szkoły.
Nie dosłyszałam, a może nie chciałam słyszeć jej marnego pocieszenia na temat mojej pracy. Właściwie zajmowanie się artykułami o tematyce kryminalnej to moja mocna strona, ale wątpię by komukolwiek wystarczyło na tyle na ile potrafią zrozumieć mój tok pojmowania kłamstw jakie mi wciskają. To miasteczko jest siedliskiem łgarzy, obrazujących biedniejszych jako szumowiny, a bogatych jako najważniejsze i nietykalne osobistości. Ja pragnęłam jedynie odkryć ich kłamstwa, obnażyć to, że nie są tacy święci jak siebie przedstawiają. Jednak droga Alice Cooper, sama kryjąca tajemnice, chroni siebie, publikując to co ludzie chcą, a nie to co trzeba. Przyrzekłam sobie, że sama w przyszłości zajmę się dziennikarstwem i prowadzeniem gazety, ale na moich, prawdziwych zasadach. Aktualnie zajmuję się dosyć popularnym podcastem na temat również morderstw.
Riverdale, bo zapewne nie wspomniałam o tym, aktualnie tonie w kłamstwach jakie ukazało światło dziennie, nie cieszących się sławą Southside Serpents, Blossomów i innych zakłamanych osób tego miasta. Nie oczerniam oczywiście Jugheada Jonesa, który aktualnie znajduje się w szkole na Southside, lecz jego ojca, który jak zwykle maczał palce w czarnych interesach.
Jednak ta sprawa cały czas się rozwija, co chwila dając mi nowe tematy do podcastu.
Pomimo wszystko, sekrety Blossomów wciąż jeszcze istnieją i ściskają mi brzuch, gdy zastanawiam się ile jeszcze mogli kłamać w wielu sprawach.
Skręciłam w uliczkę wychodząc na główną drogę, prowadzącą do liceum, które było dla mnie wielkim piekłem. Nie będę narzekać na swoje noty w nauce, bo są dobre, lecz na ludzi w tym miejscu. Wszyscy chronią siebie kosztem żyć innych. Ta szkoła dzieli się na trzy grupy. Na tych, którzy dręczą innych, tych co zrobiliby dla dręczycieli wszystko, i na takich jak ja. Mogących napluć na te potwory i odejść szczęśliwi jak najdalej. Niestety grupa osób jak ja, jest dosyć mała, bo każdy się ich boi. Kiedyś bardzo zależało mi na opinii ze strony reszty rówieśników. Pomimo bycia wieczną indywidualistką, lubiłam komuś się podobać. Z biegiem lat, na szczęście mi to minęło, a moja obojętność została spotęgowana do tego stopnia, że zadziwiam, oczywiście mało pozytywnie, nawet swoim ubiorem. Mocniejszy makijaż, bądź jego brak, to bardzo złożony element prawdziwej mnie. Moje wnętrzności zrobiły fikołka gdy ujrzałam wejście do mojej kochanej szkoły. Miejsca zniszczonych dziecięcych marzeń. Hej, gdzie moje weekendowe życie towarzyskie i wymarzony chłopak? A, no tak, zapomniałam. Nie istnieją.
Wywróciłam oczami, wchodząc po schodach i przekraczając próg szkoły. Weszłam na zatłoczony korytarz, mijając wszystkie warstwy społeczne tego miejsca, idąc wprost do swojej szafki. Wpisałam odpowiedni kod, otwierając zamek i wrzucając do środka całą zawartość swojego odrzuconego artykułu, o cudownych dziedzictwach Riverdale.
Owszem, mówię ironicznie, bo napisałam tekst o najbardziej wysławionych od niedawna osobach, czyli Archim Andrewsie, Betty Cooper, Jugheadzie Jonesie i Veronice Lodge.
Oh, o Veronice potrafiłabym napisać najwięcej. Niedługo do miasta wraca wypuszczony z więzienia jej ojciec, więc cyrk na kółkach niedługo się zacznie. Nie powiem, że mam coś do nich, bo Archiego znam od dawna, w zasadzie od małego. Jednak wiele się zmieniło od mojej wyprowadzki i ponownym powrocie do Riverdale. To miasteczko stało się mroczne i bardziej nieznane niż mogłabym przypuszczać. Ludzie, których znam od wielu lat, stali się dla mnie jeszcze bardziej zagmatwani i obcy wśród swoich sekretów, że trudno mi cokolwiek poukładać w głowie. Spojrzałam jak mój nieopublikowany artykuł rozlatuje się wewnątrz szafki, którą po chwili zatrzasnęłam, wyjmując z torby telefon. Skierowałam się w stronę stołówki, zaglądając na stronę swojego podcastu, ilości wyświetleń i oczywiście portalu informacyjnego miasta. Przez zamyślenie, zapomniałam, że obustronnie ruchome drzwi stołówki należy pociągnąć do siebie, aby nie trzasnąć nikogo znajdującego się po drugiej stronie. Jednak mój opóźniony refleks dał o sobie znać, gdy otwierając drzwi, pchnęłam zawartość szklanki z wodą wprost, na koszulkę miejscowej młodocianej gwiazdy show. Nieskazitelnie biały tshirt Jasona Blossoma zalany został przez wodę z sokiem malinowym, tworząc na niej sporej wielkości plamę, na oczach widowni w postaci uczniów. Sam właściciel wielce się nie przejął, unosząc jedynie zdziwiony brwi do góry.
- Koordynacja ruchowa u ciebie szwankuje? – Zapytał swoim jedwabiście męskim głosem, sprawiając, że zebrał się we mnie jeszcze większy gniew.
- Blossom, to ty na mnie wpadłeś – Warknęłam poirytowana, ściskając mocniej pięści u rąk.
Moja wypowiedź wyraźnie go rozbawiła, bo razem ze swoją napakowaną sterydami świtą, zaczął się najzwyklej śmiać.
- I sam na siebie wylałem wodę? – Jego brew powędrowała do góry. – Chyba jesteś niepoważna, Folk.
- No proszę, znasz moje nazwisko, mam skakać z radości? – Parsknęłam śmiechem, z zamiarem odejścia.
- Nie, wystarczy, że wypierzesz tą koszulkę. – Ton jego głosu był całkiem poważny, jednak oczy wyjawiały jego rozbawienie całą sytuacją. Cała stołówka patrzyła na nas z zapartym tchem, jednak ja poczułam jeszcze większą irytację jego osobą.
- Chyba śnisz. – Zwęziłam oczy, odchodząc dwa kroki w tył. Rudzielec uśmiechnął się przebiegle, puszczając trzymaną w ręku butelkę wody, która z głośnym trzaskiem upadła na posadzkę, zalewając ją, po czym począł się rozbierać, zrzucając z ramion bluzę drużynową i podając ją Reggiemu, niczym swojej służce. – Blossom, chyba sobie żarty robisz...
Chłopak jednak mnie nie słuchał, odsłaniając swój dobrze wyprofilowany i umięśniony brzuch, klatkę piersiową i pokaźne bicepsy we wrzawie krzyków chłopaków i pisków dziewczyn. Zagryzłam wewnętrzną część policzka, unikając patrzenia na jego dobrze zbudowaną sylwetkę. Chwilę później poczułam na swojej twarzy niespodziewany dotyk miękkiego, lecz w połowie mokrego materiału. Zalana część garderoby, wylądowała na mojej twarzy, opadając na ramiona.
- Jak widzisz mówię poważnie. – Zaśmiał się, nie krępując byciem półnagim, przy połowie szkoły. – Odbiorę ją jutro przed treningiem, uważaj, to kaszmir.
Wywróciłam oczami, zgniatając koszulkę, niczym jak niechcianą szmatę.
- Widzisz ją? – Uniosłam ją w lewej ręce, uśmiechając się fałszywie. – No to patrz.
Rozejrzałam się po stołówce, lokalizując po mojej prawej stronie dziewczynę z jeszcze nie otwartym budyniem czekoladowym. Jednym susem stanęłam nad nią.
- Mogę? Dzięki. – Wzięłam pudełeczko, nie czekając na jej odpowiedź. Podeszłam na powrót przed oblicze Jasona, który w pełnej ciszy obserwował moje poczynania. Oderwałam wieczko pudełeczka, zrzucając je na podłogę, po czym wylałam całą jego zawartość na koszulkę Jasona. Dodatkowo, częścią rękawa wtarłam idealnie czekoladowy płyn w materiał, po czym uniosłam go do góry. – Teraz chyba ci się nie przyda.
Posłałam mu uśmiech, wrzucając koszulkę do kosza, podczas gdy rozbawienie do końca zeszło z jego twarzy.
- Jesteś mocno pieprznięta, Folk. – Jego oczy strzelały nienawiścią na lewo i prawo, sprawiając, że moja satysfakcja rosła z chwili na chwilę.
- I vice versa, Blossom - Odwróciłam się na pięcie, opuszczając stołówkę, czym prędzej wychodząc na plac szkolny.
***
Cały dzień zmagałam się z ciekawskimi spojrzeniami, złośliwymi szeptami, i cichymi śmiechami gapiów ze stołówki, jak i reszty szkoły, która dowiedziała się o tamtym incydencie. Oczywiście dobre imię Jasona nie zostało splamione, nikt nie wspomniał, że go tak jakby zgasiłam, lecz mówią przerobioną historię o tym, że to on mnie wyśmiał i ośmieszył przed wszystkimi. Głupie przeinaczenie, ale jakże krzywdzące. W końcu zaznałam spokoju, gdy zasiadłam nad artykułami do szkolnej gazetki, o zgrozo, zostając jako jedna z nielicznych w szkole. Zostałam tu po godzinach, pracując nad nowym rozdziałem w podcaście i nad resztą artykułów. Dyrektor pozwolił mi to robić, twierdząc, że chętnie będzie wspomagać rozwijające się talenty, a przy tym mój jedyny sens istnienia. Jednak od śmierci jednego z Serpents, wszystko ucichło, i na razie żadnego morderstwa nie popełniono. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej martwi mnie to, że powstają pozory ciszy przed burzą. Zajęłam się lokalnymi wiadomościami, jednak coraz bardziej martwiłam się, że na podcaście będę cały czas maglować jeden temat, dlatego wciąż czekam na napływ nowych tematów. W sprawie gazetki, wyręczyłam Betty, którą jako jedyną chyba toleruję i lubię z tej paczki złotych dzieci. Jest uprzejma, miła i pomocna, ale doskonale widzę, że dziewczyna boryka się z wewnętrznymi problemami z samą sobą, i sobie z tym nie radzi. Rany wewnątrz jej dłoni, częsta dekoncentracja, ma wiele wspólnego z jej byłą sytuacją rodzinną, czy z rzadszym widzeniem Jugheada, który zaczął więcej czasu spędzać ze swoimi znajomymi z Southside. Nie jestem z nią na tyle blisko, abyśmy o tym rozmawiały otwarcie, dlatego staram się to przemilczeć, zajmując własnymi sprawami i robiąc to, co kocham, czyli śledztwami.
Rozłożyłam wszystkie zebrane kartki, zapisane po brzegi notatkami o jednym z najbliższych meczy futbolu. Głównie takie artykuły mogę wydawać w Blue and Gold, dlatego ze znużeniem otworzyłam laptop, wstukując sformułowany jak dla dziecka tekst, przepełniony entuzjazmem i życzący szczęścia naszej drużynie. Wstawiłam parę zrobionych przeze mnie fotografii, i skrzywiłam się, widząc na jednej z nich Jasona, dzierżawiącego w dłoni puchar zdobyty na ostatnim meczu. Szybko zredagowałam odpowiednio tekst, wysyłając plik w oczekiwaniu na wydruk. Uniosłam wzrok, patrząc z politowaniem na leżące na blacie obok, pliki z artykułem do Alice Cooper. Wzięłam je z szafki przed skończonymi godzinami, właściwie nie wiem dlaczego. Nic z nich nie wykrzesam tak aby spodobały się matce Betty na tyle, żeby je wydała. Westchnęłam biorąc go w dłonie, ale jak zwykle nieumiejętnie, ponieważ część kartek, które leżały pod pierwszymi stronami upadła. Wywróciłam oczami, klękając i zbierając rozrzucone materiały. Gdy w końcu udało mi się zebrać wszystkich uciekinierów, ujrzałam napisany przeze mnie na brudno tekst na jednej z nich.
Miejscowi bohaterowie, bo tak ich wszyscy nazywają, skrywają o wiele więcej tajemnic, niż może sobie którekolwiek z nas wyobrazić. Każde z nich ma unikalny charakterek, trzymający ich paczkę w całości, jednak... Kiedy pęknie stworzona przez nich mydlana bańka kłamstw? Może tak naprawdę nie łączą ich więzy przyjaźni tylko wspólne sekrety?
Veronica nigdy nie bywała dobrą, przykładną przyjaciółką, całując się z obiektem uczuć Betty, pomimo, że doskonale wiedziała jak bardzo zakochaną w nim jest blond redaktorka.
Jughead zawsze ukrywał przed ukochaną dziewczyną swoje zamiary, czyny i odczucia względem całej paczki. Sam stwierdził, że jedynymi bliskimi mu osobami są Archie i Betty.
Oh, a sam Archie? Czy jego zapędy do rzeczy nieuchwytnych na pewno zanikły? Czyżby Veronica wiedziała, że wreszcie zaczął coś czuć do swojej najbliższej przy...
Szybko zgniotłam kartkę w kulkę i wrzuciłam do kosza. Moje stare, pisane na wściekłego notatki, nigdy nie mogły ukazać światła dziennego. Byłam w tamtym czasie zła i sfrustrowana w jakim świetle stawiali ich inni, dlatego napisałam dosyć obszerną notatkę, która oczywiście nigdy nie miała wyjść na zewnątrz. Nie jestem taka, nie mam na celu ich zmieszać z błotem. Potrząsnęłam głową, wrzucając do kosza resztę artykułów i wracając do oświetlonego jedynie lampką biurka, pracując nad resztą tekstów z wywiadów z nauczycielami, sportowcami i innymi częściami wydawanego tekstu.
Jednak moja praca długo nie potrwała bo usłyszałam rozchodzące się echem po pustych już korytarzach kroki. Lekko zesztywniałam, jednak bez cienia zastanowienia, ruszyłam cicho do drzwi, otwierając je ostrożnym pociągnięciem w swoją stronę. Wystawiłam głowę na korytarz, napotykając tam panujący półcień. Światło z lamp ulicznych i księżyca wpadało jedynie przez pokaźne okna szkolne, nieznacznie naznaczając połacie jasności na posadzce i szafkach. Przełknęłam ślinę, biorąc dostrzeżone wcześniej, leżące na szafce nożyce, zbierając się na odwagę by otworzyć szerzej drzwi, opuszczając w miarę bezpieczne pomieszczenie gazetki szkolnej. Przylgnęła bliżej szafek, rozglądając się na boki i nasłuchując. Wokół panowała względna, grobowa cisza, niczym nie zmącona. W końcu znów usłyszałam ciche kroki, gumowych podeszw ciężkich butów skierowane w stronę rzędu sal zakończonych stołówką. Zdecydowanie nadaję się do wydziału kryminalnego, doskonale potrafię rozpoznać takie drobne szczegóły. Ruszyłam na ugiętych nogach do przodu, zaciskając dłonie mocniej na nożycach, trzymając je w gotowości. Wiodłam wzrokiem dookoła, bardziej skupiając się na punkcie przede mną. Słyszałam, że kroki znów się rozległy, centralnie przede mną, a ta osoba z każdą chwilą się do mnie zbliża. Echo niosło się w moją stronę, ewidentnie szliśmy na siebie. Uniosłam rękę z nożycami nad głową, zbliżając się do końca korytarza, przechodząc na drugą stronę. Moje serce przyspieszyło, mózg szybciej przetwarzał informacje, układając plan ataku. Przykleiłam plecy do zimnej ściany, nasłuchując kroków. Były one przyspieszone, jakby ktoś ze stresem uciekał. Gdy usłyszałam je dostatecznie blisko, wyskoczyłam zza rogu, atakując przeciwnika. Rzuciłam się na niego z nożycami, ale on zrobił gładki unik. Dopiero po chwili zrozumiałam kogo zaatakowałam.
- Folk, do reszty cię popieprzyło!? – Zirytowany i podniesiony głos Jasona obił się o moje uszy, w chwili gdy ja odetchnęłam z ulgą, opierając się o szybę jednego z dużych okien. Chłopak był w pełni ubrany, z zawieszoną na ramieniu torbą treningową. Jego włosy były delikatnie posklejane po zapewne wzięciu prysznica po treningu.
- To tylko ty... - Mruknęłam, kładąc swoją zimną dłoń na rozgrzanym czole.
- No ja, a któż by inny? – Wyrzucił dłonie w górę, w geście bezradności. – Na wszystkich rzucasz się z zamiarem zabicia?
- Mógłbyś przymknąć ten swój rudy dziób? – Sarkazm i ironia wezbrały we mnie na nowo, kierując swą siłę na stałego przeciwnika. – Myślałam, że to mnie chcą zabić, ostatnie czasy coraz gorzej z tym miasteczkiem.
Jason zaśmiał się cicho, uśmiechając złośliwie.
- Nie martw się ciebie by nikt nie tknął, twoje jazgotanie jest denerwujące.
Pokręciłam głową, wywracając oczami.
- Czy ty zawsze musisz być takim idiotą i ig... - Jednak moją wypowiedź rozdarł krótki i lamentujący krzyk, dochodzący od strony korytarzy prowadzących do hali. Oboje spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem w oczach, i zerwaliśmy się biegiem w stronę, z której dochodziły krzyki. Po drodze Jason rzucił pod szafki swoją torbę.
Pokonaliśmy dwa załamania korytarzy, dobiegając do drzwi hali.
- Wydaje mi się, że to od strony szatni. – Szepnął Jason, machając na mnie ręką żebym szła za nim.
- Nie musisz mną dyrygować jak trzyletnim dzieckiem. – Warknęłam cicho, zrównując się z nim chodem.
- Na razie może myśl o tym, że komuś mogła stać się krzywda. – Odparł spokojnie, rozglądając się na boki. Nagle skrzyżował spojrzenie z moim, sięgając jakby głębiej w moje źrenice. – I kto tu jest ignorantem, Folk?
Przez jego twarz przebiegł cień rozbawienia, po chwili znikając i ustępując miejsca pełnemu skupieniu. Chłopak przemknął szybko do ściany gdzie znajdowały się drzwi i zajrzał ostrożnie przez okienko drzwi, do szatni. Po chwili się schował, odwracając głowę w moją stronę. Machnął głową, żebym podeszła. Rozejrzałam się na boki, przebiegając, i stając koło niego.
- Nie widzę nikogo, ale miej te śmiercionośne nożyki w gotowości, wchodzę pierwszy. – Uniósł kącik ust, odwracając głowę, i sięgając do gałki przy wejściu.
Przekręcił ją, otwierając zestarzałe w nawiasach drzwi, które na szczęście nie zaskrzypiały. Włożył do środka głowę, rozglądając się po szatni, po czym uchylił drewno, wchodząc pewnie do środka. Weszłam tuż za nim, trzymając nożyczki blisko serca. W środku panował lekki mrok, przedarty jedynie przez światło padające z małych świetlików u góry ściany, przy suficie. W nocy wszystko wyglądało złowieszczo, a zwłaszcza szkoła, która już w dzień wygląda jak mordownia. Przeszliśmy parę kroków gdy Jason nagle stanął, a ja wpadłam w jego plecy.
- Czemu stanąłeś? – Sapnęłam zirytowana, odchodząc krok do tyłu.
- Rozdzielimy się. – Mruknął dyktatorsko, nie odwracając się. – Ja idę w lewo, a ty w prawo.
- Niech ci będzie, diwo. – Parsknęłam cicho, idąc według jego polecenia w prawo, w bardziej oświetloną część szatni. Zagłębiłam się w rzędy szafek, na których wieszakach, wisiały koszulki członów drużyn, wraz z ich rzeczami. Mijałam każdą z nich, czytając każdy z numerów. Jednak między numerami Reggiego i Archiego, zobaczyłam lukę. Zero koszulki, rzeczy w szafce, czegokolwiek.
Może coś tam było. Tuż pod szafką, zrzucony pewnie niepostrzeżenie, leżał łańcuszek z zawieszką. Rozejrzałam się, kucając. Wzięłam w dłonie łańcuszek, badając go. Ponieważ było za ciemno, wyjęłam telefon z kieszeni, załączając na najmniejszą jasność latarkę. Poświeciłam na zawieszkę, która okazała się wizerunkiem Matki Boskiej. Była trochę starta na grawerze, widać było na niej piętno lat. Obróciłam zawieszkę, dostrzegając zgrabnie wtłoczony tekst. „Żyj zgodnie z sobą".
Budujący napis, tak bardzo dobrze mi znany, podobnie jak właściciel łańcuszka.
- Claire! – Jason nie silił się na cichy ton, wręcz przeciwnie, wydarł się. Przewróciłam oczami, wstając, pospiesznie chowając łańcuszek w kieszeni.
Przeszłam szybko między szafkami, dostrzegając stojącego jak słup soli Blossoma, pomiędzy dwoma rzędami szafek. Zwiększyłam tempo, skupiając się na nim. Stanęła tuż obok niego, wyrzucając ręce w górę.
- Ciszej, bo zbudzisz martwych z grobu! – Pokręciłam głową, jednak zmarszczyłam brwi, widząc, że wyraz twarzy chłopaka nawet nie drgnął, wciąż był oniemiały i... przestraszony? Patrzył w jeden punkt, nawet nie mrugając, blady bardziej niż zwykle.
- Chyba jego już nie zbudzę z grobu. – Odparł drżącym tonem, podnosząc rękę i wskazując na coś przed sobą.
Powiodłam wzrokiem za jego ręką, dostrzegając to, co go tak przeraziło.
Pisnęłam, zakrywając usta dłonią.
Na podłodze, w kałuży krwi, z rozpłatanym gardłem, leżało ciało Kevina Kellera.

0

DV; prolog

Jason Blossom.
Rudowłosa gwiazda szkoły, kapitan drużyny futbolowej i największy fuckboy jakiego udało mi się spotkać.
Od samobójstwa jego ojca, oraz wyjścia narkotykowego interesu, Jason wraz z siostrą, przeprowadzili się z upiornego Thornhill do willi na przedmieściach Riverdale.
Ze względu na to, że Jason był, jest i właściwie zawsze będzie perełką tej mieściny, niepochlebna opinia spłynęła po nim jak po kaczce. Czego nie mogę powiedzieć niestety o Cheryl, która pod naciskiem innych uczniów zdała się zawiesić na pewien czas swoje funkcje cheeredelskie.
Nigdy nie sądziłam, że drogi moje i Blossomów skrzyżują się w takim momencie mojego marnego, nudnego żywota, powodując że zacznie mnie z nim łączyć wspólna tajemnica.
Kim właściwie przez ten cały czas był Jason?
A w tym wszystkim siedzę ja.
Cieszącą się marnym zainteresowaniem szatynką o chorobliwie jasnych, prawie białych, niebieskich oczach i przeciętnej urodzie. Należałam do grupy uczniów mojej szkoły, którzy nie wstydziła się być po prostu sobą. Może właśnie dlatego tak słabo inni na mnie reagowali.
Niestety los zrobił mi największego psikusa w historii, wpakowując mnie w kłopoty właśnie z rudym punktem westchnień wszystkich dziewczyn w mojej szkole.
Jak bardzo duże bagno znajduję się pod tym czynem?
I co kryje się pod maską aroganckiego idioty?
0

one of one

Witam, tu... ja?
Nie mam pojęcia czemu znów zdecydowałam powrócić na blogspota, naprawdę nie mam pojęcia.
Może blogspot wraca znów do łask czytelników, niektórym wygodniej przebywać tutaj.
Wattpad ma swoje plusy jak i minusy, dlatego pozostanę tu jak i tam.
Fanfiction, opowiadania jakie publikuję na wattpadzie przeniosę w najbliższym czasie również tutaj. Potraktuje blogspot jako mój mały informator o wszelakiej aktywności mojej osoby w "internetach"
Często niestety znikam z nich, otaczam się brakiem chęci, bądź kłopoty tak spadają na moje barki, że najzwyklej nie mam ochoty zatruwać innym egzystencji.
TAKŻE
PRACE, KTÓRE AKTUALNIE PUBLIKUJĘ;
✑RAJ NIEŻYWYCH DUSZ (REMONT) 2016/   - Luke Hemmings
✑DEATH VALLEY 2017/ - Jason Blossom (Riverdale)
✑SAVE ME 2018/ - Kim Taehyung
✑PRESS YOUR NUMBER 2018/ - Kim Taehyung - vkook
✑ONE MINUTE BACK 2018/ - Lee Taemin - 2min
 
Zdążyć przed końcem prawdopodobnie 
pozostanie zamknięte szczelnie na wattpadzie, 
dziękuję, że jesteście 
S x 
0