- Nie
sądziłem, że zdobędziesz się, aby osobiście ze mną pogadać. – Jego głos był
tajemniczy, ciągnący mnie wręcz do głębi jego popieprzonej osobowości. Odsunął
się, wpuszczając mnie do środka.
- Lubię zaskakiwać. – Mrugnęłam do niego, lekko kręcąc biodrami, mijając go.
Czułam jego palący wzrok zsuwający się w moich pleców… na pośladki. Stanęłam w
holu, odwracając się przodem do niego. Patrzył na mnie drapieżnym wzrokiem,
przejeżdżając językiem po dolnej wardze. Podniecił się.
Punkt dla mnie.
Uniosłam głowę, a na moje usta wpłynął triumfalny uśmieszek. Zawiązałam ręce
pod piersiami. Jason podszedł zastraszająco blisko mnie, standardowo, jak każdy
facet, górując nade mną wzrostem. Nie zraziłam się, trzymając hardo swoją
postawę.
- Masz ochotę pogadać przy herbatce, Folk? – Wymruczał kpiącym tonem,
uśmiechając się figlarnie. Parsknęłam cicho śmiechem.
- Jeżeli mnie nie odurzysz jakimś świństwem. – Zmrużyłam oczy podejrzliwie.
Sprawiłam, że z jego ust wydobył się uroczy śmiech. Aż za uroczy. Czy jest coś
w nim, co nie hipnotyzuje i uzależnia?
- Zobaczy się. – Kiwnął głową, wymijając mnie i odchodząc w głąb mieszkania.
Prychnęłam, truptając za nim. Obserwowałam bacznie jego barki. Był cholernie
blady, ale i umięśniony. Mogłam dostrzeć na jego nieskazitelnej skórze pleców,
drobne blizny. Przecięcia, paskudnie chroniące sekret. Skrzywiłam się, bo
poczułam palącą potrzebę poznania ich pochodzenia. Przy każdym ruchu jego
mięśnie charakterystycznie poruszały się, sprawiając, że miałam ogromną ochotę
ich dotknąć, tak jak blizn. Prześledzić ich fakturę.
Jestem jak dziecko. Wszystkiego co mnie ciekawi muszę dotknąć, może aby
sprawdzić czy jest prawdziwe. Zjechałam mimowolnie wzrokiem na jego zgrabny,
wysportowany tyłek. Cholera, on cały wygląda jak chodzący adonis.
- Zamiast świdrować tak moje ciało, może chciałabyś je poczuć? – Jego złośliwa
uwaga wytrąciła mnie z rytmu. Odchrząknęłam.
- Nie wyobrażaj sobie za dużo, Blossom. – Czułam okropne zakłopotanie, które
usilnie próbowałam ukryć pod maską opryskliwości. Jednak on nie dał się zbyć,
zapalając światło w kuchni, odwracając się do mnie przy blacie. Jego oczy
niebezpiecznie świeciły, niczym przeskakujące w nich iskierki, uśmiech był
kurewsko kpiący, a postawa wyznaczała rozbawienie. Rozgryzł mnie.
- Chyba przyszłaś zaspokoić potrzeby… - Zaczął, przygryzając dolną wargę.
- … psychiczne, Blossom. – Dokończyłam za niego, stając po drugiej stronie
blatu. Im był dalej, tym czułam się pewniej. Jego brwi wystrzeliły w górę.
Żeby ci nie spierdoliły z tego czoła, idioto.
- Raczej nie jestem od tego. – Parsknął, kręcąc rozbawiony głową. –
Przychodzisz do mnie, w środku nocy, chcąc zaspokoić się psychicznie?
Zagryzłam wargę, przechylając głowę na bok. Jego oczy rozbłysnęły drapieżnie.
- W końcu siedzimy razem w dużym bagnie, to nie jest powód do rozmowy? –
Zapytałam niższym tonem, praktycznie mrucząc jak kot. Od kiedy ja tak potrafię?
Odbił się od blatu, okrążając go. Przełknęłam ślinę, czując jak opuszcza mnie
odwaga. Chłopak stanął zastraszająco blisko mnie, płynnym ruchem łapiąc za
brodę i uwalniając wargę spod nacisku zębów. Biło od niego ciepło. Czyste
ciepło.
- Nie przygryzaj przy mnie wargi, Folk. – Mruknął, skupiając na mnie całą
uwagę. Czułam się przy nim taka mała i bezbronna jak nigdy dotąd. – Rozprasza
mnie to.
Zmrużył oczy, muskając ostrożnie mojądolną wargę kciukiem. Targnęły mną
przyjemne dreszcze, rozpalając w środku galop. Moje podbrzusze płonęło.Jego
dotyk topił mnie, nie mam pojęcia jakim sposobem, to uczucie mną okropnie
zawładnęło. Uniosłam rękę, delikatnie przejeżdżając dłonią po jego klatce.
Czułam pod palcami jego jedwabistą skórę, podskórne mięśnie. Ku mojemu
zdziwieniu zareagował na mój dotyk; dostał gęsiej skórki. Spojrzałam w jego
ogromnie bezkresne tęczówki. Oczy miał pełne pasji i fascynacji, widziałam w
nich ciepło, które niestety zabrano mi chwilę później. Nastąpiła je lodowata
obojętność, gdy odsunął się gwałtownie, pozostawiając mnie bez swojego
wewnętrznego ciepła. Ściana zimnego powietrza uderzyła we mnie, sprawiając, że
z wrażenia musiałam mocniej zacisnąć dłonie na blacie. Oboje odchrząknęliśmy,
zakłopotani, odwracając od siebie wzrok.
- No, więc… - Mruknął, wyraźnie dukając i nie wiedząc jak zareagować. – Myślę,
że między nami jest w porządku.
Błyskawicznie spojrzałam na niego, a moje ciało oblała fala irytacji.
- Nie sądzę, Jason. – Warknęłam nieprzyjemnie. – Niezbyt ludzko się zachowałeś
rzucając na mnie oskarżenia.
Wyraźnie zauważyłam, że cały się obronnie spiął, a po jego wcześniej ciepłocie
nie została nawet krztyna. Spojrzał na mnie pociemniałymi oczami, a na jego
usta wpłynął grymas.
- Oczekujesz za dużo, Claire. – Głos miał chłodny, zdystansowany.
Prychnęłam, wyrzucając ręce w górę.
- Nie oczekuje od ciebie nic, prócz szacunku, Jason! – Krzyknęłam sfrustrowana.
– Szacunek, Blossom. Nawet tego nie masz?
Wyglądał jakbym go spoliczkowała. Chyba uderzam w jego czuły punkt, ups.
- A zasługujesz na to? – Warknął, zaciskając dłonie na blacie. – Czy może
jedynie chcesz się na mnie odegrać?
W kącikach moich oczu zebrały się łzy. Przetarłam je szybko, chcąc się pozbyć
łez.
Tego było za wiele. Ruszyłam dwa kroki w tył, wycofując się powoli z kuchni.
Chciałam teraz zostać sama, kompletnie sama. Nie chciałam by ktokolwiek mi
przeszkadzał.
Jednak moje plany legły w gruzach, gdy mijając kanapę, poczułam dłoń na
brzuchu, która przyciągnęła mnie do torsu Jasona. Chłopak oplótł mnie szczelnie
rękoma pod biustem, wtulając się w ciało. Schował twarz w moich włosach,
przykładając usta do mojego ucha. Czułam na szyi i płatku jego ciepły oddech.
Przeszły mnie dreszcze.
Nie był to zwykły oddech.
Był ciężki, on wręcz dyszał.
Cała zesztywniałam, nie wiedząc jak zareagować.
- Claire, nie zostawiaj mnie. – Szepnął błagalnym głosem. Rozpadałam się.
Dosłownie. Moje nogi zaczęły drżeć.
- Podobno
nie zasłużyłam na szacunek. – Wytknęłam mu oskarżycielsko, próbując się
obronić. Jego serce biło jak oszalałe.
Moje z resztą też.
To było dla niego trudne.
- Przepraszam. – Głos mu drżał. Przeprosiny przyszły mu z trudem. Doskonale
znam z obserwacji Jasona. Nigdy nie przeprasza. Ani się nie całuje w usta.
Nigdy się nie przełamuje.
Dlaczego to zrobił?
W jednej chwili zadecydowałam się odwrócić do niego, stając twarzą w twarz.
Jednak ten widok… załamał mnie. Miał smutne oczy, wyglądał jak wewnętrznie
złamany. Cała postawa wyrażała skruchę. Mimowolnie złapałam jego ogolone
policzki w dłonie. Skóra była szorstka, przyjemna w dotyku.
- Naprawdę? – Zapytałam cicho, niedowierzając.
Zadygotał. Zacisnął dłonie na moich biodrach.
Pokiwał głową, unosząc pokrzepiająco kąciki ust.
- Intrygujesz mnie, Claire. – Odparł cicho, wsuwając dłoń pod moją bluzę.
Zadrżałam pod jego dotykiem. Był delikatny, wodząc palcami po skórze, kreśląc
kółka. Podskórnie przesyłał mi iskierki, które przyjemnie mnie łaskotały.
Czułam rozkosz, nie chciałamżeby kiedykolwiek przestawał. – Zawsze mnie
intrygowałaś.
- Byłam dla ciebie powietrzem. – Uniosłam kącik ust smutno, przypominając
sobie, jak dwa miesiące wcześniej, na imprezie, zwyzywaliśmy się po wszystkie
czasy.
Jason pokręcił głową, przechylając lekko głowę, by wtulić policzek w moją dłoń.
- Niesamowicie mnie irytujesz, tym, że się stawiasz każdemu. – Odparł,
łagodniejąc jeszcze bardziej. – Nikomu się nie podporządkowujesz.
- I nie mam zamiaru. – Zaśmiałam się cicho, gładząc kciukami jego policzki. Był
przyjemny w dotyku. Nawet bardzo przyjemny. – To cię we mnie intryguje?
- Nie tylko. – Szepnął, niespodziewanie przyciskając do siebie. Padłam na jego
tors, a nasze twarze dzieliły milimetry. Tyle, że ja byłam w stosunku do niego
niziutka. – Cała ty jesteś zagadką.
Z mojego gardła wydobył się niespodziewanie histeryczny wręcz chichot.
Panikowałam. Ta bliskość mnie przytłaczała.
Staliśmy tak w ciszy, zaglądając w głąb siebie nawzajem. Wnętrzne rudzielca
toczyło walkę. Jego wzrok zjechał na moje usta. Oczy niebezpiecznie błysnęły.
Czułam, co się święci. Nagle Jason zacisnął na mnie ramiona, czekając na mój
ruch. Dotyk rąk chłopaka na moich plecach palił. Wbrew sobie, zaczęłam
przybliżać do niego swoją twarz. Pragnęłam by mnie pocałował, by złamał własną
zasadę moralną. Spiął się, zapewne zastanawiając, czy dobrze robi, pozwalając
mi na to.
Byłam mikrą chwilę od dotknięcia jego warg, gdy nagle drzwi wejściowe otworzyły
się z hukiem, a do środka niczym burza, wparowała Cheryl Blossom.
Stanęła w przejściu, mierząc mnie pogardliwym spojrzeniem. Odskoczyłam od
Jasona, speszona. Chłopak otrząsnął się, jakby wybudzając z chwili słabości,
przyjmując swoją codzienną, arogancką postawę.
- Cheryl, miałaś wrócić w południe. – Rzucił beztrosko, trzymając między nami
dystans.
- Zmieniłam zdanie. – Fuknęła, zatrzaskując drzwi, i rzucając torbę wgłąb holu.
– Nie próżnowałeś, sprowadzając samą Folk do domu. Dobrze się bawiliście?
Odchrząknęłam, prostując się.
Nawet sama Cheryl nie będzie bezpodstawnie mnie osądzać.
- Twój jad czasem mnie zadziwia, Cheryl. – Sarknęłam, krzyżując ręce na
piersiach. Zmrużyłam oczy wrogo. – Chciałam porozmawiać z twoim bratem, ale
widzę, że twoja duma nawet tego zabrania. – Przechyliłam głowę w bok, stając
tuż przed nią. Zacisnęła zęby, beznamiętnie piorunując mnie spojrzeniem. – Czy
jednak cię boli, że Jason mogł mnie polubić?
- Wystarczy. – Chłodny głos Jasona ostudził moje zapędy, sprawiając, że
poczułam się podle. Spojrzałam na niego, unosząc zdziwiona brwi. Jego wzrok był
zdystansowany, a szczęka mocno zaciśnięta. – Możesz już wyjść, Claire.
Złapałam boleśnie wargę w zęby.
Przesadziłam.
Odwróciłam się do Cheryl, która mierzyła mnie ze zwycięskim uśmieszkiem na
twarzy.
- Słyszałaś, co powiedział Jay Jay. – Powiedziała jadowicie słodkim głosikiem.
– Możesz już iść.
- To jeszcze nie koniec. – Warknęłam, wymijając ją, i niczym burza, opuszczając
ten przeklęty dom. Nie rzuciłam Jasonowi nawet najmniejszego spojrzenia.
Czułam się przegrana.
Znów zmieszana z błotem.
***
Weszłam cicho po rynnie do domu, zamykając szczelnie za sobą okno. Czułam się
zmęczona, chciałam po prostu paść spać, a jutro z niego nie wychodzić.
Może opuszczę jutro szkołę? Nie mam ochoty oglądać kogokolwiek z nich.
No może oprócz Kyle’a. Chłopak na razie staje mi się bliższy niż
przypuszczałam. A dopiero co go poznałam. Padnięta, przeszłam na palcach po
korytarzu, wchodząc do swojego pokoju. Powoli, próbując zapobiegnąć ich
skrzypieniu, zamknęłam pokrywę drzwi. Jednak lampka na moim biurku rozbłysnęła,
sprawiając, że podskoczyłam. Przy biurku siedział dziadek, z twardą miną,
trudną do rozszyfrowana. Poczułam się perfidnie odkryta. Zabawa na dziś jeszcze
się nie skończyła, no pięknie.
- Gdzie byłaś? – Zapytał tonem, nie zdradzającym uczuć. Wyćwiczony do
perfekcji. Przełknęłam ślinę, stojąc przy drzwiach niczym byłabym na egzekucji.
Choć przeżyłam dzisiaj już egzekucję.
- Spacer. – Chciałam go zbyć. Bardzo chciałam. Jednak mój dziadek nie byłby
dziadkiem, gdyby nie drążył tematu. Ciekawość i przesłuchiwania to cholerna
rodzinna cecha.
- Clairence. – Wypowiedział moje pełne imię bardzo twardo. Był zły. Był bardzo
zły.
- Naprawdę, dziadku. – Wypuściłam zrezygnowana powietrze. – Potrzebowałam tego.
Rysy twarzy starszego mężczyzny trochę złagodniały. Wyciągnął rękę, klepiąc
miejsce na łóżku. Posłusznie podeszłam, siadając.
- Z młodym Sandlerem? – Uniósł podejrzliwe brew. Przygryzłam wargę. Jeżeli bym
wytłumaczyła wszystko przez Kyle’a, to miałabym najprawdziwsze alibi.
Pokiwałam głową.
- Dobrze. – Dziadek również pokiwał głową, jakby chciał przyswoić sobie te
informacje. – Wydaje się odpowiedzialny.
Poczułam ulgę. Uwierzył.
- Złapałam już z nim kontakt. – Uśmiechnęłam się niezbyt szczerze. Nie lubiłam
okłamywać dziadków, ale lepsza to kłamstwo, niż prawda o Blossomie. Zabolałoby
to ich dwa razy mocniej. Wolałam dmuchać na zimne.
- Zaprosimy ich na grill w sobotę. Spotkacie się bez ucieczek. – Uśmiechnął
się, a złość na dobre opuściła jego twarz. Pokiwałam głową.
- To ja dziadku lecę się umyć i pójdę spać. Jutro chyba zostanę w domu. –
Wstałam, przeciągając się. Moimi mięśniami wstrząsnęło zmęczenie. Gorący
prysznic. Oj tak. Podeszłam, poklepując go po ramieniu. Zrzuciłam po drodze
buty, zmierzając do pomieszczenia przylegającego do pokoju.
- Claire. – Głos opiekuna zatrzymał mnie w pół kroku. – Wszystko już w
porządku? Martwiliśmy się z babcią, wybiegłaś wtedy w takim stanie…
Uśmiechnęłam się smutno, maskując ból.
- Wszystko w najlepszym porządku, dziadku.