O mnie

O mnie

breaking news

Witam, fakt, że ta oto strona została otworzona w twojej przeglądarce, świadczy o tym, że interesuje cię moja twórczość!

Po całą zawartość tego bloga zapraszam do zakładek;
każda jest podpisana tytułem danego opowiadania, a tam, cały czas zostają aktualizowane informacje o wstawionych rozdziałach.

Miłego Czytania! x

środa, 18 listopada 2020

DV; [5] bezczelność to twoja pozytywna cecha?

 - Nie sądziłem, że zdobędziesz się, aby osobiście ze mną pogadać. – Jego głos był tajemniczy, ciągnący mnie wręcz do głębi jego popieprzonej osobowości. Odsunął się, wpuszczając mnie do środka.
- Lubię zaskakiwać. – Mrugnęłam do niego, lekko kręcąc biodrami, mijając go. Czułam jego palący wzrok zsuwający się w moich pleców… na pośladki. Stanęłam w holu, odwracając się przodem do niego. Patrzył na mnie drapieżnym wzrokiem, przejeżdżając językiem po dolnej wardze. Podniecił się.
Punkt dla mnie.
Uniosłam głowę, a na moje usta wpłynął triumfalny uśmieszek. Zawiązałam ręce pod piersiami. Jason podszedł zastraszająco blisko mnie, standardowo, jak każdy facet, górując nade mną wzrostem. Nie zraziłam się, trzymając hardo swoją postawę.
- Masz ochotę pogadać przy herbatce, Folk? – Wymruczał kpiącym tonem, uśmiechając się figlarnie. Parsknęłam cicho śmiechem.
- Jeżeli mnie nie odurzysz jakimś świństwem. – Zmrużyłam oczy podejrzliwie. Sprawiłam, że z jego ust wydobył się uroczy śmiech. Aż za uroczy. Czy jest coś w nim, co nie hipnotyzuje i uzależnia?
- Zobaczy się. – Kiwnął głową, wymijając mnie i odchodząc w głąb mieszkania. Prychnęłam, truptając za nim. Obserwowałam bacznie jego barki. Był cholernie blady, ale i umięśniony. Mogłam dostrzeć na jego nieskazitelnej skórze pleców, drobne blizny. Przecięcia, paskudnie chroniące sekret. Skrzywiłam się, bo poczułam palącą potrzebę poznania ich pochodzenia. Przy każdym ruchu jego mięśnie charakterystycznie poruszały się, sprawiając, że miałam ogromną ochotę ich dotknąć, tak jak blizn. Prześledzić ich fakturę.
Jestem jak dziecko. Wszystkiego co mnie ciekawi muszę dotknąć, może aby sprawdzić czy jest prawdziwe. Zjechałam mimowolnie wzrokiem na jego zgrabny, wysportowany tyłek. Cholera, on cały wygląda jak chodzący adonis.
- Zamiast świdrować tak moje ciało, może chciałabyś je poczuć? – Jego złośliwa uwaga wytrąciła mnie z rytmu. Odchrząknęłam.
- Nie wyobrażaj sobie za dużo, Blossom. – Czułam okropne zakłopotanie, które usilnie próbowałam ukryć pod maską opryskliwości. Jednak on nie dał się zbyć, zapalając światło w kuchni, odwracając się do mnie przy blacie. Jego oczy niebezpiecznie świeciły, niczym przeskakujące w nich iskierki, uśmiech był kurewsko kpiący, a postawa wyznaczała rozbawienie. Rozgryzł mnie.
- Chyba przyszłaś zaspokoić potrzeby… - Zaczął, przygryzając dolną wargę.
- … psychiczne, Blossom. – Dokończyłam za niego, stając po drugiej stronie blatu. Im był dalej, tym czułam się pewniej. Jego brwi wystrzeliły w górę.
Żeby ci nie spierdoliły z tego czoła, idioto.
- Raczej nie jestem od tego. – Parsknął, kręcąc rozbawiony głową. – Przychodzisz do mnie, w środku nocy, chcąc zaspokoić się psychicznie?
Zagryzłam wargę, przechylając głowę na bok. Jego oczy rozbłysnęły drapieżnie.
- W końcu siedzimy razem w dużym bagnie, to nie jest powód do rozmowy? – Zapytałam niższym tonem, praktycznie mrucząc jak kot. Od kiedy ja tak potrafię?
Odbił się od blatu, okrążając go. Przełknęłam ślinę, czując jak opuszcza mnie odwaga. Chłopak stanął zastraszająco blisko mnie, płynnym ruchem łapiąc za brodę i uwalniając wargę spod nacisku zębów. Biło od niego ciepło. Czyste ciepło.
- Nie przygryzaj przy mnie wargi, Folk. – Mruknął, skupiając na mnie całą uwagę. Czułam się przy nim taka mała i bezbronna jak nigdy dotąd. – Rozprasza mnie to.
Zmrużył oczy, muskając ostrożnie mojądolną wargę kciukiem. Targnęły mną przyjemne dreszcze, rozpalając w środku galop. Moje podbrzusze płonęło.Jego dotyk topił mnie, nie mam pojęcia jakim sposobem, to uczucie mną okropnie zawładnęło. Uniosłam rękę, delikatnie przejeżdżając dłonią po jego klatce. Czułam pod palcami jego jedwabistą skórę, podskórne mięśnie. Ku mojemu zdziwieniu zareagował na mój dotyk; dostał gęsiej skórki. Spojrzałam w jego ogromnie bezkresne tęczówki. Oczy miał pełne pasji i fascynacji, widziałam w nich ciepło, które niestety zabrano mi chwilę później. Nastąpiła je lodowata obojętność, gdy odsunął się gwałtownie, pozostawiając mnie bez swojego wewnętrznego ciepła. Ściana zimnego powietrza uderzyła we mnie, sprawiając, że z wrażenia musiałam mocniej zacisnąć dłonie na blacie. Oboje odchrząknęliśmy, zakłopotani, odwracając od siebie wzrok.
- No, więc… - Mruknął, wyraźnie dukając i nie wiedząc jak zareagować. – Myślę, że między nami jest w porządku.
Błyskawicznie spojrzałam na niego, a moje ciało oblała fala irytacji.
- Nie sądzę, Jason. – Warknęłam nieprzyjemnie. – Niezbyt ludzko się zachowałeś rzucając na mnie oskarżenia.
Wyraźnie zauważyłam, że cały się obronnie spiął, a po jego wcześniej ciepłocie nie została nawet krztyna. Spojrzał na mnie pociemniałymi oczami, a na jego usta wpłynął grymas.
- Oczekujesz za dużo, Claire. – Głos miał chłodny, zdystansowany.
Prychnęłam, wyrzucając ręce w górę.
- Nie oczekuje od ciebie nic, prócz szacunku, Jason! – Krzyknęłam sfrustrowana. – Szacunek, Blossom. Nawet tego nie masz?
Wyglądał jakbym go spoliczkowała. Chyba uderzam w jego czuły punkt, ups.
- A zasługujesz na to? – Warknął, zaciskając dłonie na blacie. – Czy może jedynie chcesz się na mnie odegrać?
W kącikach moich oczu zebrały się łzy. Przetarłam je szybko, chcąc się pozbyć łez.
Tego było za wiele. Ruszyłam dwa kroki w tył, wycofując się powoli z kuchni. Chciałam teraz zostać sama, kompletnie sama. Nie chciałam by ktokolwiek mi przeszkadzał.
Jednak moje plany legły w gruzach, gdy mijając kanapę, poczułam dłoń na brzuchu, która przyciągnęła mnie do torsu Jasona. Chłopak oplótł mnie szczelnie rękoma pod biustem, wtulając się w ciało. Schował twarz w moich włosach, przykładając usta do mojego ucha. Czułam na szyi i płatku jego ciepły oddech. Przeszły mnie dreszcze.
Nie był to zwykły oddech.
Był ciężki, on wręcz dyszał.
Cała zesztywniałam, nie wiedząc jak zareagować.
- Claire, nie zostawiaj mnie. – Szepnął błagalnym głosem. Rozpadałam się. Dosłownie. Moje nogi zaczęły drżeć.

- Podobno nie zasłużyłam na szacunek. – Wytknęłam mu oskarżycielsko, próbując się obronić. Jego serce biło jak oszalałe.
Moje z resztą też.
To było dla niego trudne.
- Przepraszam. – Głos mu drżał. Przeprosiny przyszły mu z trudem. Doskonale znam z obserwacji Jasona. Nigdy nie przeprasza. Ani się nie całuje w usta.
Nigdy się nie przełamuje.
Dlaczego to zrobił?
W jednej chwili zadecydowałam się odwrócić do niego, stając twarzą w twarz. Jednak ten widok… załamał mnie. Miał smutne oczy, wyglądał jak wewnętrznie złamany. Cała postawa wyrażała skruchę. Mimowolnie złapałam jego ogolone policzki w dłonie. Skóra była szorstka, przyjemna w dotyku.
- Naprawdę? – Zapytałam cicho, niedowierzając.
Zadygotał. Zacisnął dłonie na moich biodrach.
Pokiwał głową, unosząc pokrzepiająco kąciki ust.
- Intrygujesz mnie, Claire. – Odparł cicho, wsuwając dłoń pod moją bluzę. Zadrżałam pod jego dotykiem. Był delikatny, wodząc palcami po skórze, kreśląc kółka. Podskórnie przesyłał mi iskierki, które przyjemnie mnie łaskotały. Czułam rozkosz, nie chciałamżeby kiedykolwiek przestawał. – Zawsze mnie intrygowałaś.
- Byłam dla ciebie powietrzem. – Uniosłam kącik ust smutno, przypominając sobie, jak dwa miesiące wcześniej, na imprezie, zwyzywaliśmy się po wszystkie czasy.
Jason pokręcił głową, przechylając lekko głowę, by wtulić policzek w moją dłoń.
- Niesamowicie mnie irytujesz, tym, że się stawiasz każdemu. – Odparł, łagodniejąc jeszcze bardziej. – Nikomu się nie podporządkowujesz.
- I nie mam zamiaru. – Zaśmiałam się cicho, gładząc kciukami jego policzki. Był przyjemny w dotyku. Nawet bardzo przyjemny. – To cię we mnie intryguje?
- Nie tylko. – Szepnął, niespodziewanie przyciskając do siebie. Padłam na jego tors, a nasze twarze dzieliły milimetry. Tyle, że ja byłam w stosunku do niego niziutka. – Cała ty jesteś zagadką.
Z mojego gardła wydobył się niespodziewanie histeryczny wręcz chichot.
Panikowałam. Ta bliskość mnie przytłaczała.
Staliśmy tak w ciszy, zaglądając w głąb siebie nawzajem. Wnętrzne rudzielca toczyło walkę. Jego wzrok zjechał na moje usta. Oczy niebezpiecznie błysnęły. Czułam, co się święci. Nagle Jason zacisnął na mnie ramiona, czekając na mój ruch. Dotyk rąk chłopaka na moich plecach palił. Wbrew sobie, zaczęłam przybliżać do niego swoją twarz. Pragnęłam by mnie pocałował, by złamał własną zasadę moralną. Spiął się, zapewne zastanawiając, czy dobrze robi, pozwalając mi na to.
Byłam mikrą chwilę od dotknięcia jego warg, gdy nagle drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, a do środka niczym burza, wparowała Cheryl Blossom.
Stanęła w przejściu, mierząc mnie pogardliwym spojrzeniem. Odskoczyłam od Jasona, speszona. Chłopak otrząsnął się, jakby wybudzając z chwili słabości, przyjmując swoją codzienną, arogancką postawę.
- Cheryl, miałaś wrócić w południe. – Rzucił beztrosko, trzymając między nami dystans.
- Zmieniłam zdanie. – Fuknęła, zatrzaskując drzwi, i rzucając torbę wgłąb holu. – Nie próżnowałeś, sprowadzając samą Folk do domu. Dobrze się bawiliście?
Odchrząknęłam, prostując się.
Nawet sama Cheryl nie będzie bezpodstawnie mnie osądzać.
- Twój jad czasem mnie zadziwia, Cheryl. – Sarknęłam, krzyżując ręce na piersiach. Zmrużyłam oczy wrogo. – Chciałam porozmawiać z twoim bratem, ale widzę, że twoja duma nawet tego zabrania. – Przechyliłam głowę w bok, stając tuż przed nią. Zacisnęła zęby, beznamiętnie piorunując mnie spojrzeniem. – Czy jednak cię boli, że Jason mogł mnie polubić?
- Wystarczy. – Chłodny głos Jasona ostudził moje zapędy, sprawiając, że poczułam się podle. Spojrzałam na niego, unosząc zdziwiona brwi. Jego wzrok był zdystansowany, a szczęka mocno zaciśnięta. – Możesz już wyjść, Claire.
Złapałam boleśnie wargę w zęby.
Przesadziłam.
Odwróciłam się do Cheryl, która mierzyła mnie ze zwycięskim uśmieszkiem na twarzy.
- Słyszałaś, co powiedział Jay Jay. – Powiedziała jadowicie słodkim głosikiem. – Możesz już iść.
- To jeszcze nie koniec. – Warknęłam, wymijając ją, i niczym burza, opuszczając ten przeklęty dom. Nie rzuciłam Jasonowi nawet najmniejszego spojrzenia.
Czułam się przegrana.
Znów zmieszana z błotem. 

***

Weszłam cicho po rynnie do domu, zamykając szczelnie za sobą okno. Czułam się zmęczona, chciałam po prostu paść spać, a jutro z niego nie wychodzić.
Może opuszczę jutro szkołę? Nie mam ochoty oglądać kogokolwiek z nich.
No może oprócz Kyle’a. Chłopak na razie staje mi się bliższy niż przypuszczałam. A dopiero co go poznałam. Padnięta, przeszłam na palcach po korytarzu, wchodząc do swojego pokoju. Powoli, próbując zapobiegnąć ich skrzypieniu, zamknęłam pokrywę drzwi. Jednak lampka na moim biurku rozbłysnęła, sprawiając, że podskoczyłam. Przy biurku siedział dziadek, z twardą miną, trudną do rozszyfrowana. Poczułam się perfidnie odkryta. Zabawa na dziś jeszcze się nie skończyła, no pięknie.
- Gdzie byłaś? – Zapytał tonem, nie zdradzającym uczuć. Wyćwiczony do perfekcji. Przełknęłam ślinę, stojąc przy drzwiach niczym byłabym na egzekucji.
Choć przeżyłam dzisiaj już egzekucję.
- Spacer. – Chciałam go zbyć. Bardzo chciałam. Jednak mój dziadek nie byłby dziadkiem, gdyby nie drążył tematu. Ciekawość i przesłuchiwania to cholerna rodzinna cecha.
- Clairence. – Wypowiedział moje pełne imię bardzo twardo. Był zły. Był bardzo zły.
- Naprawdę, dziadku. – Wypuściłam zrezygnowana powietrze. – Potrzebowałam tego.
Rysy twarzy starszego mężczyzny trochę złagodniały. Wyciągnął rękę, klepiąc miejsce na łóżku. Posłusznie podeszłam, siadając.
- Z młodym Sandlerem? – Uniósł podejrzliwe brew. Przygryzłam wargę. Jeżeli bym wytłumaczyła wszystko przez Kyle’a, to miałabym najprawdziwsze alibi.
Pokiwałam głową.
- Dobrze. – Dziadek również pokiwał głową, jakby chciał przyswoić sobie te informacje. – Wydaje się odpowiedzialny.
Poczułam ulgę. Uwierzył.
- Złapałam już z nim kontakt. – Uśmiechnęłam się niezbyt szczerze. Nie lubiłam okłamywać dziadków, ale lepsza to kłamstwo, niż prawda o Blossomie. Zabolałoby to ich dwa razy mocniej. Wolałam dmuchać na zimne.
- Zaprosimy ich na grill w sobotę. Spotkacie się bez ucieczek. – Uśmiechnął się, a złość na dobre opuściła jego twarz. Pokiwałam głową.
- To ja dziadku lecę się umyć i pójdę spać. Jutro chyba zostanę w domu. – Wstałam, przeciągając się. Moimi mięśniami wstrząsnęło zmęczenie. Gorący prysznic. Oj tak. Podeszłam, poklepując go po ramieniu. Zrzuciłam po drodze buty, zmierzając do pomieszczenia przylegającego do pokoju.
- Claire. – Głos opiekuna zatrzymał mnie w pół kroku. – Wszystko już w porządku? Martwiliśmy się z babcią, wybiegłaś wtedy w takim stanie…
Uśmiechnęłam się smutno, maskując ból.
- Wszystko w najlepszym porządku, dziadku.

0

DV; [4] onieśmielająca bliskość


Odsunęłam się od bruneta, pociągając nosem. Ręce Kyle’a zsunęły się na moją talię, trzymając blisko siebie, abym albo nie uciekła, albo nie upadła. Oparłam dłonie na jego klatce, pozwalając wypłynąć z oczu ostatnim łzom. Po chwili poczułam na policzku zastraszającą ciepłotę kciuka chłopaka, który leniwie starł mokre strużki z policzków. Powiódł opuszkami palców do brody, pewnie ją łapiąc. Wyswobodził dolną wargę spod nacisku zębów,  unosząc twarz do góry. Przez chwilę nic nie mówił, wpatrując się jedynie uparcie w moje oczy. Wyglądał jakby pragnął zajrzeć głęboko w ich głąb, dotrzeć do samego wnętrza mojej zranionej przez życie duszy. Jego cudownie długie rzęsy okalały jego oczy, współgrając z ciemnym kolorem tęczówek, które w tej chwili błyszczały z troską. Pierwszy raz widziałam żeby ktokolwiek prócz rodziny tak na mnie patrzył. Nasze twarze znajdowały się bliżej siebie o wiele bardziej niż myślałam. Zjechałam wzrokiem na jego kształtne, malinowe usta. Ich faktura była zastraszająco delikatna. Nie mogłam się powtrzymać, unosząc jedną z dłoni, dotykając jego ogolonego policzka. Lekko się spiął, zaciskając dłoń na moich plecach, jednak nie odtrącił mojej ręki. Ciekawiło mnie jak wygląda w zaroście. Przejechałam dłonią wzdłuż jego żuchwy, dochodząc do kącika ust. Lekko się uśmiechnęłam, dotykając ostrożnie jego warg. Były tak jak przypuszczałam, delikatne i miękkie.
- Jesteś większą zagadką, niż przypuszczałam, Kyle. – Szepnęłam, sprawiając, że jego kąciki również uniosły się ku górze. Szarpnął moją brodą, odrywając od czynności, bym spojrzała w jego oczy. Tym razem były bardziej nieodgadnione niż chwilę wcześniej, jednak ku mej uciesze, nie było w nich tego chłodu, który miał wtedy w salonie. Mieniły się w świetle zachodzącego słońca.
- Mamy czas, żeby siebie poznać. – Mruknął, pochylając się i całując mnie czule w czoło. Gdy jego wargi dotknęły mojej rozgrzanej skóry, czułam jakbym w środku się sypała na najmniejsze kawałeczki. Jednak nie tak, jak przy osobie, którą chciałabym darzyć głębszym uczuciem. Jak przy przyjacielu, z którym pragnęłam kroczyć przez życie. Pierwszy raz od dawna zapragnęłam czyjeś bliskości, bezustannie. Powtórnie wtuliłam się w niego, chowając głowę w zagłębieniu szyi, lekko przejeżdżając nosem po rozgrzanej skórze szyi. Poruszył się niespokojnie. Miał łaskotki. Oparł swoją brodę na ramieniu, przyciskając mnie do siebie. W środku toczyłam okropną walkę, nim udało mi się wypowiedzieć najbardziej absurdalną propozycję.
- Może zabiorę cię na moje wrzosowisko?

***
- Poznałem cię niespełna kilkanaście godzin wstecz, a ty już mnie zaciągasz w krzaki. – Głos rozbawionego Kyle’a wydobył się gdzieś zza moich pleców, przyprawiając mnie o wywrót oczu.
- Nie marudź paniczu z dużego miasta, to niedaleko. – Odparłam, mimowolnie się uśmiechając. Ten człowiek czasem mnie powala. Weszłam na schodki z korzeni potężnych drzew, rozchylając ścianę krzewów okalających wrzosowisko i brzeg rzeki. Przystanęłam na szczycie, czekając aż Kyle znajdzie się obok mnie. Wrzosowisko było sporej wielkości polaną, otoczoną wokół krzewami oraz drzewami, a tuż na skaraju płynęła niespiesznie rzeka. O tej porze roku krajobraz był niczym z bajki. Napawałam się cudownym widokiem mojego tajemnego miejsca, w które zawsze przychodziłam gdy czułam się źle. Nie mogę uwierzyć, że odkryłam moją tajemnicę przed praktycznie obcą mi osobą. Brunet stanął przy moim ramieniu, nic nie mówiąc. Spojrzałam na niego kątem oka, widząc, że go zatkało.
- Chyba kogoś zatkało. – Parsknęłam śmiechem, ostrożnie schodząc na polanę. Kroczyłam na jej środek, muskając dłońmi łaskoczące moje nagie łydki wrzosy. Doszłam do poletka, wydeptanego przeze mnie wielokrotnie, kładąc się na ziemi. Kyle stanął nade mną, rozglądając się wokół. Pomimo odległości mogłam dostrzec, że był zadziwiony, a jego oczy miały w sobie charakterystyczny błysk. Jego ojciec miał rację. Jest kompletnie wrażliwy na naturę go otaczającą. Usiadł pełen podziwu obok mnie, po chwili kładąc się.
- Wow. – Mruknął, wpatrując się w niebo. – Mam rozumieć, że mało kto wie o tym miejscu?
Przytaknęłam, przymykając oczy.
- Czemu kryjesz to miejsce? – Zapytał cicho, odnajdując moją rękę. Tym razem ja się spięłam. Nie byłam przyzwyczajona do takiego dotyku. Jednak głupio mi było odtrącić go, dlatego lekko ścisnęłam jego dłoń. Odpowiedział mi na to, zdecydowanie splatając nasze palce, kładąc je na swoim brzuchu. Gładził kciukiem fakturę mojej skóry, w bardzo kojący sposób.
- To specjalne miejsce. – Mruknęłam, mimowolnie unosząc kąciki ust. – Kiedyś, mój stary przyjaciel mi je pokazał.
Zwróciłam tym uwagę bruneta, który obrócił się na bok, wspierając głowę na pięści. Spojrzałam na niego kątek oka, lokalizując, że przyglądał mi się intensywnie, wyczekując dalszej opowieści. Przełknęłam ślinę, dalej uporczywie badając wzrokiem niebo, zbierając się na odwagę.
- Gdy mieliśmy problem, spotykaliśmy się tutaj. Nie zawsze mógł do mnie przyjść do domu, przez kontrolę rodziców. – Zaczęłam smutno, wzdychając. – To było nasze stałe miejsce szukania spokoju wewnętrznego.
- Co się stało z tym przyjacielem? – Zapytał beztrosko, jednak we mnie zabuzowało. Odetchnęłam głeboko.
- Umarł. – Ze świstem wypuściłam powietrze, czując przy okazji mocniejszy, pokrzepiający ścisk dłoni.
- Jak umarł? – Drążył dalej, wbijając mi tym niewidzialne szpile w serce. Nie miałam mu tego za złe, nie wiedział tego co ja.
- Utopił się w rzece. – Obróciłam głowę w jego stronę, kamieniejąc. Patrzył na mnie z zafascynowaniem. Tym samym wzrokiem co Logan. Tak samo ułożony jak on. Mrugnęłam, widząc przez ułamek sekundy zamiast leżącego koło mnie Kyle’a – Logana. Zamknęłam pospiesznie oczy, mocno zaciskając powieki. Wbiłam paznokcie w skórę wolnej dłoni, w głowie odliczając. Po pięciu wypuściłam głośno powietrze. Poczułam dłoń na policzku,  ostrożny ruch pocierający kciuka.
- Hej, Claire, wróć do mnie. – Jedwabisty głos bruneta przebił się przez zasłonę ciemności we mnie, sprawiając, że otworzyłam oczy, napotykając na te jego wielkie, orzechowe gały. Uspokoiłam się, uśmiechając. Przypuszczałam, że chłopak jest większym dupkiem, a okazał się moją… kotwicą?
- Przepraszam. – Mruknęłam z lekką chrypką. – Wspomnienia wróciły.
- Nie przepraszaj, to ja wymagałem tego od ciebie. – Posłał mi cudownie prawdziwy i ciepły uśmiech. Bez grama chłodu. – Przykro mi z powodu twojego przyjaciela. Kochałaś go?
Zabrakło mi słów.
Czy kochałam Logana?
To z nim przeżyłam pierwszy pocałunek.
Z nim przeżyłam pierwszy raz.

Dzięki niemu pokochałam siebie w stopniu trudnym do opisania.
Jednak… Czy go kochałam miłością prawdziwą?
- Nie wiem, Kyle. – Szepnęłam przygryzając odruchowo wargę.Robiłam to praktycznie zawsze w niekonfortowej sytuacji. – Był mi bliższy niż ktokolwiek inny. Ale nie mam pojęcia czy go kochałam.

- Nie wracajmy do przeszłości. – Zaśmiał się cicho, unosząc do siadu, przerywając mocną intymność tej chwili. Pociągnął mnie za rękę, bym usiadła obok niego. Zmarszczyłam brwi, przyjmując podobną pozę co on. Moje nozdrza cały czas atakował odurzający zapach.. jego. Nie mam pojęcia kiedy, w którym momencie, podwinął rękawy koszuli, odsłaniając rękaw wijących się tatuaży, tworzących spójną całość. Zaciekawiona powiodłam po nim wzrokiem, zatrzymując wzrok na odsłoniętych uskrzydlonych ustach na jego klatce, znajdujące się tuż pod pionowymi kreskami, których na oko było z dziesięć, będących pod wyraźnie naznaczonym obojczykiem. Bez zastanowienia sięgnęłam ręką, dotykając odłoniętego tatuażu. Nie wiem co się we mnie uaktywniło. Ale pragnęłam prześledzić całe jego ciało, każdą krzywiznę historii, którą zawarł na swoim ciele. W tej chwili, gdy nie był dupkiem. Kyle uniósł brwi, nie poruszając się, ani nie odzywając. W moich oczach błysnęła pasja, z każdym skrętem tuszu na skórze.
- Co one oznaczają? – Zapytałam cicho, z fascynacją.
- Jeszcze nie jest czas bym ci o nich odpowiedział. – Odparł chłodno, mrożąc mnie od stóp do głów. Błyskawicznie się zatrzymałam, poważniejąc. Uniosłam wzrok, napotykając jego tęczówki, które wcześniej ciepłe, dające poczucie bezpieczeństwa, teraz stały się puste. Zadrżała mi ręka, dlatego szybko ją cofnęłam, pocierając opuszki, jakby chcąc do końca pozbyć się kontaktu z jego skórą. Odchrząknęłam.
- Nie powinnam. – Mruknęłam, próbując uspokoić bardziej siebie, niż usprawiedliwić.Zacisnęłam lekko powieki, ponownie czując niepokój. Pokręciłam głową, wstając błyskawicznie. Starałam się przed kimś otworzyć pierwszy raz od bardzo długiego czasu, ale rzeczywistość znów mnie sprowadziła na ziemię. – Zapomnij o tym.
Ruszyłam przed siebie chcąc odejść, jednak poczułam szarpnięcie ramienia, zbyt mocne, żebym mogła się oprzeć. Odwróciłam się, piorunując bruneta wzrokiem. Jego spojrzenie było zamglone, jednak łagodniejsze niż chwilę temu. Jak on potrafi być tak bardzo zmienny?
- Claire, nie mogę, albo nie potrafię teraz o tym mówić, zrozum to. – Był skruszony, wręcz złamany. Moje wściekłość powoli opuszczała moje żyły, następując miejsce kompletnej bezradności. – Tak jak ty, nie potrafisz w tym momencie mówić o swoich rodzicach.
Uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jakbym się na powrót sypała, przeżywając rozpacz na nowo. Nie potrafiłam udźwignąć jego przytłaczającego, narzucającego obowiązek spojrzenia. Odwróciłam wzrok, skupiając się na poruszanych przez wiatr wrzosach, które pochłaniały ostatnie promienie słoneczne tego dnia.
- Spójrz na mnie, nie potrafię mówić nie patrząc ci w oczy. – Jego palce wylądowały na mojej brodzie, odwracając mimowolnie głowę, krzyżując nasze spojrzenia.Widziałam w jego oczach ból i smutek, walczące z maską obojętności. Zsunął dłoń z ramienia, powoli zmierzając do mojej dłoni, którą ścisnął ostrożnie, jakby zaraz miała się posypać. Przez miejsca gdzie mnie dotknął, przepłynął niewidzialny ładunek, atakując w przyjemny sposób moje wnętrzności. – Potrzebuję ciebie tak bardzo jak ty mnie.
- Nie znamy się praktycznie. – Obruszyłam się, mówiąc to łamiącym głosem, szukając ucieczki od sytuacji.
- Nie miałaś nigdy tak, że poznając kogoś, czułaś, jakbyś go znała całe życie? – Zapytał z nadzieją, próbując do mnie dotrzeć. Na powrót starałam się szczelnie zamknąć w swoim murze, stworzonym z cierpienia, jednak jakimś cudem, on potrafił się przez niego przedrzeć, docierając do najkruchszej wersji mnie. Słabej i bezbronnej.
Pociągnęłam zrezygnowana nosem, czując jak moje oczy powtórnie zachodzą kurtyną łez.
Nie mam pojęcia czemu płakałam.
Miałam po prostu taką potrzebę.
- Niszczysz mnie wewnętrznie, Kyle. – Szepnęłam, dygocząc. Chłopak zbliżył się, niebezpiecznie blisko, stykając nas klatkami.
- Ty mnie naprawiasz, Claire. – Mruknął, uśmiechając się szczerze. – Przy tobie czuję potrzebę regeneracji.
Nie spuściliśmy z siebie wzroku, zatracając się nawzajem w swoich wnętrzach. Poczułam przyjemne ciepło od środka, które powoli rozchodziło się po moim ciele. Czułam, że patrzyłam na prawdziwego Kyle’a – a nie na dupka, z za dużym ego. Uśmiechnęłam się smutno.
- Czuję się przy tobie cholernie bezbronna. – Zaśmiałam się cicho, kręcąc głową.
- A ja czuję, że szykuje nam się bogata przyszłość, panno Folk. – Zachichotał, błyskając figlarsko oczami, niespodziewanie biorąc mnie w ramiona, unosząc. Pisnęłam, łapiąc się jego szyi, podczas gdy on, okręcił nami wokół własnej osi.
- Kyle! – Zachichotałam, przybliżając się szczelniej do niego. Postawił mnie na ziemi, wciąż trzymając dłonie na moich biodrach, odsuwając jedynie na odległość ramienia, żebym przypadkiem nie uciekła.
- Słucham, Claireen? – Przedłużył moje imię, sprawiając, że zmarszczyłam nos.
- Claireen? – Przekrzywiłam odruchowo na bok głowę. – Kylie?
Zmarszczył śmiesznie nos, robiąc kompletnie głupią a zarazem uroczą minę.
- Zmieniłaś moje imię na żenskie? – Starał się stłumić błądzący w kącikach jego ust uśmiech.
- Dla mnie będziesz Kylie. – Oznajmiłam rzeczowo, siląc się na poważny ton.
- Czy wyglądam ci na kobietę? – Wywindował swoją brew, bliżej przyciągając mnie do siebie.
- Przystojną kobietą jesteś. – Zachichotałam, chowając głowę zawstydzona, w zagłębieniu jego szyi. Chyba to już stało się odruchem. Wtulona, czułam wibracje jego gardła i klatki piersiowej. Skubaniec się śmiał.
- Twierdzisz, że jestem przystojny? – Zapytał beztrosko, sprawiając, że prawie spaliłam buraka na twarzy. Czy ja to powiedziałam?
- Nie udawaj, że słyszysz to pierwszy raz. – Wymruczałam, wtulona w niego, chcąc się ukryć przed jego kpiąco figlarnym spojrzeniem.
- Pierwszy raz, mówi mi to ktoś, na kim mi zależy. – Jego głos lekko pozbawił się barwy, sprowadzając do bardziej poważnego. Ja również, spoważniałam, odsuwając się, by spojrzeć z jego twarz.
- Zależy ci na mnie? – Zapytałam, unosząc brwi. Niechętnie pokiwał głową, zagryzając dolną wargę.
Cholera, wyglądał naprawdę seksownie.
- Mi na tobie też, Kylie. – Uśmiechnęłam się nieśmiale, stając na palcach, żeby ucałować do w żuchwę. On się pochylił, składając przeciągły pocałunek na moim czole.
Wreszcie nie czułam się sama.

***
Pożegnałam się z Kyle’em, rozchodząc się do naszych domów. Było już grubo po północy, ale byłam zdeterminowana.
Kyle dał mi siłę, bym coś zmieniła w swoim życiu, dlatego, nie mówiąc nawet jemu, miałam zamiar się wykraść i pojechać do największego kutasiarza jakiego poznałam. Na palcach wróciłam do pokoju, mijając bez zbędnych pytań sypialnię dziadków, słysząc, że są pogrążeni w głębokim śnie. Zajrzałam z ciekawością do pokoju Terry’ego, ale zastałam kompletnie puste pomieszczenie. Podeszłam do łóżka, widząc, że jest zaściełane, bez najmniejszego zagniecenia.
Nie wrócił do domu? Wyjęłam telefon, widząc, że miałam go wyciszonego przez cały dzień.
Chyba był mój błąd.
Ujrzałam sporą ilość nieodebranych połączeń i kilka sms’ów.
Odblokowałam go, wchodząc w listę.
8 nieodebranych połączeń od Terry’ego i ponad 20 od nieznanego numeru.
Weszłam w wiadomości, widząc, że obie osoby do mnie smsowały. Kliknęłam dymek obok imienia kuzyna, czytając treść.
9:03 pm.
Heather, oddzwoń.

9:10 pm.
Oddzwoń do kurwy.

9:12 pm.
Mam kłopoty..
 

Oddech ugrzązł mi w gardle, powodując lekką panikę.
On do mnie dzwonił, bo miał kłopoty... Albo się zgrywał. Uwielbiał, gdy się o niego martwiłam. Jednak… to już nie te lata.
Wybrałam jego numer, nawiązując połączenie. Dźwięk nieustannie trwał, doprowadzając do włączenia poczty głosowej. Za każdym razem. A było ich z 10. Znów zacisnęłam powieki, starając się uspokoić i unormować oddech. Może nie ma czym się martwić, może jest u kolegi i zgrywa się. Może to tylko głupie żarty? A dla picu i przykrywki zostawił wtedy swój medalion w szatni?
Albo ma coś wspólnego ze śmiercią Kevina…
Nie, nie. Potrząsnęłam głową, wyrzucając ten debilny pomysł. W chwili gdy było morderstwo był w domu, nie ma opcji by się przeteleportował w tak krótkim czasie i zabił synalka szeryfa, którego z resztą jeszcze nie odnaleziono… Gdzie ciało?
Miałam w głowie więcej pytań niż odpowiedzi, więcej sprzeczności niż prostych. Wyrzuciłam to z mózgu, skupiając się na akcji jaką chciałam przeprowadzić. Przelotnie spojrzałam na wiadomości od nieznanego numeru.

Jak się okazało, nie taki nieznany był jego właściciel.

10:02 pm.
Folk, nie wściekaj się na mnie.
10:05 pm.
Nie miałem na celu cię urazić..
10:15 pm.
Ile jeszcze będę dzwonił, żebyś to odebrała?
10:20 pm.
Dobra, możesz się pierdolić, Folk. Twój wybór.
 

Zaśmiałam się pod nosem, wyobrażając wściekłego Blossoma, który wypisywał te wiadomości. Dopadła go skrucha?
Uderzyłam palcem w ekran, naciskając na numer. Wyświetliło mi się pole, dlatego wysunęłam klawiaturę, wpisując tekst.
„Wiewiórka”
Pokręciłam głową z rozbawienia, zapisując. 
Okej, może jestem dziecinna. Ale znęcanie się nad nim sprawia mi cholerną radość. Zablokowałam telefon, przemieszczając się do swojego pokoju. Nie zapalam światła, bo byłam pewna, że wtedy Kyle wykryje moją aktywność. Zdecydowałam się przebrać w czarne legginsy, czarną bluzę nike i czarno-biały snapback tyłem na przód. Na nogi nałożyłam czarne (coż za niespodzianka) conversy, które na szczęście zawsze miałam w pudełku w pokoju. Chciałam wyglądać maksymalnie luzacko, co w jakimś stopniu jest kompletnie śmieszne. Stroiłam się dla Jasona jak stróż w Boże Ciało. Wzruszyłam do siebie ramionami, wkładając telefon do kieszeni bluzy, spoglądając w okno pokoju bruneta. Ze środka sączyło się delikatne światło albo lampki, albo ekranu laptopa. Wolałam nie ryzykować, dlatego skorzystałam z nieobecności kuzyna i miałam zamiar wyjść z domu jego oknem. Dodatkowo cały dom to skrzypiąca bestia, dlatego pewnie idąc w butach, obudziłabym ich bezapelacyjnie. Na palcach przeszłam przez korytarz, przystając na moment, nasłuchując czy dziadkowie na pewno śpią. Przystawiłam ucho do drzwi ich sypialni, i usłyszałam miarowe oddychanie z charakterystycznym chrapaniem dziadka. Odetchnęłam, pospiesznie wchodząc do pokoju Terry’ego, otwierając jego okno, wysunęłam głowę, rozglądając się. Trawnik był pusty, a cała dzielnica cicha, pochłonięta przez ciemność nocy. Zlokalizowałam rynnę przy jego oknie z dziką satysfakcją przełożyłam nogę przez okno na zewnątrz, doskakując rynny, która swoją drogą zaskrzypiała, zeszłam powoli, modląc się aby rynna wytrzymała, na sam dół, zeskakując na trawę. Sięgnęłam do kieszeni, wyciągając telefon i patrząc na godzinę. Była dokładnie 1:23 am.
Uśmiechnęłam się do siebie, ruszając truchtem po trawnikach sąsiadów, wbiegając na chodnik.
 

***
Po około dwudziestu pięciu minutach pół biegu, pół chodu, dotarłam na przedmieścia, do jednej z bogatych jak na Riverdale dzielnicy. Znałam dobrze dom Jasona i Cheryl, musiałam, prowadzona czystą ciekawością, wycisnąć z dostępnych informacji o nich dosłownie wszystko po samobójstwie ojca rodzeństwa. Było to na swój upiorny sposób bardzo fascynujące.
Stanęłam po drugiej stronie ulicy, opierając się o pobliskie drzewo. Dom był niezbyt wielki jak na ich standardy, ale rozwlekły, z trzema garażami, idealnie wyglądającym ogrodem otaczającym dom, i samego domostwa w surowej bieli. Był przeciwieństwem Thornhill, którego wyglądało jak pieprzony dom strachów. Jak tam w ogóle można mieszkać?
Nie chciałabym siedzieć tam minuty, nawet gdyby mi srogo zapłacili. Zebrałam się w sobie przez dobre kilka chwil, oddychając głęboko, oderwałam wzrok od pogrążonego w ciemności domu, wlepiając spojrzenie w telefon.
Przgryzłam wargę nerwowo, wchodząc w wiadomości od Jasona. Ta wiewiórka mnie wciąż śmieszy.

Ja
1:59 am.
Zaprzątasz swoją rudą główkę problemami?

Skierowałam palec na „wyślij”
Odpowiedź otrzymałam niemal od razu.
 

Wiewiórka
2:00 am.
Jedynym moim dotychczasowym problemem jesteś ty.

Zaśmiałam się pod nosem, wpisując odpowiedź.

Ja
2:01 am.
Z problemami należy się zmierzyć, nieprawdaż?
 

Wiewiórka
2:01 am.
przespać*
 

Ja
2:02 am.
To zwlecz się i złap swój problem.
 

Status: Wyświetlone 

Parsknęłam śmiechem. Ktoś chyba poczuł się zmieszany. Zablokowałam telefon, wciąż niemiłosiernie miętoląc swoją wargę. Dzisiaj miałam w sobie nieopisaną odwagę i siłę. Muszę ją maksymalnie wykorzystać.
Wyprostowałam się gdy światło na werandzie zaświeciło się, czułe na ruch. Schowałam się głębiej w ciemność drzewa, które odgraniczało mnie od światła księżyca. Drzwi otworzyły się szeroko, a na zewnątrz wyszedł Jason. Ale jego widok sprawił, że moje serce zaczęło bić szybciej i intensywniej. Czułam nieodgadnione uczucie, które skręcało mi trzewia. Jego włosy sterczały w każdą stronę świata, uwolnione spod sideł jego cholernie drogiego żelu układającego niesforne rude kosmyki. Był bez koszulki, w samych dresach na bosaka, bez krztyny snu na twarzy. Rozejrzał się, dostrzegając mnie, pomimo ciemności. Mogę przysiąc, że oczy mu rozbłysnęły. Skupił na mnie swój intensywny wzrok, sprawiając, że byłam zmuszona wyłonić się z mroku. Zsunęłam rękawy przydużej bluzy, do połowy dłoni, lekko unosząc kąciki ust. Całą uwagę przeniosłamna niego, niestety czując, że z mojej pewności siebie, zostaje mi przy nim jedynie cień. Podeszłam wolnym krokiem do schodów, w tej samym momecie gdy on podczas całej mojej wędrówki nie odezwał się nawet słowem, jedynie podstępnie uśmiechając. W międzyczasie oparł się o framugę luźno, wyglądając jeszcze bardziej pociągająco. Samym wyglądem rozpalił delikatnie we mnie płomień, który rósł z każdym krokiem. Weszłam po schodkach, stając z nim twarzą w twarz.

Kąciki jego ust zadrżały.

- No i jest, mój problem.

0